Bydgoszcz – miasto nieoczywiste

Kolej na sztukę, czas jechać. Może Gdańsk, może Poznań, Wrocław, ewentualnie Łódź? Zaraz ktoś z pewnością przyjedzie do Krakowa. Utarte szlaki, turystyczne szlagiery. Przecież po Polsce jeździ nie tylko Pendolino. W zasięgu weekendowego wypadu jest nie tylko Warszawa. Poprosiłam więc o bilet do Bydgoszczy.

W mojej rodzinie określenie „porcelana z Bydgoszczy” ma status przysłowia. To w Bydgoszczy moja babcia w roku 1954 ścięła swoje blond warkocze. To nie było żadne gniazdo, dziadkowie mieszkali po wojnie w Jastrowiu, niedaleko, zresztą. W Bydgoszczy zaczęło się dzieciństwo mojej mamy. Stamtąd rodzina przeniosła się do Krakowa, tu osiadła. Jednak kilka wspomnień z tego okresu przetrwało. Kilka opowieści i serwetnik z poziomkami.

Bydgoszcz to miasto nieoczywiste. Nikomu nie przychodzi do głowy, co tu można robić albo z czego miasto słynie. Bydgoszcz z niczym się nie kojarzy. Dla mnie po tej wizycie już zawsze będzie oznaczać gościnność.

Miasto jest doskonale współczesne. W centrum działa szybki, miejski internet. Ze strony visitbydgoszcz.pl można za darmo pobrać na tablet lub smartfona przewodnik po mieście wraz z aplikacją mobilną. Określa ona, jaki zabytek jest nas najbliżej. W przewodniku jest mnóstwo ciekawostek i drobnych informacji, które np. w Krakowie zgubiłyby się w powodzi ważniejszych, albo po prostu innych. Za to brakuje w nim oczywistości, na przykład nie wiedziałam, że śródmieście to zupełnie co innego niż Stare Miasto. Lubię urbanistykę miast, lubię artykuły o ich rozwoju przestrzennym. Bydgoszczy blisko do koncepcji miasta – ogrodu, czy ktoś to opisał? Opisze? Warto.

Jechaliśmy więc przygotowani: przewodnik przeczytany, bilety do opery kupione, zapis na wycieczkę z przewodnikiem dokonany. Miastu udało się mnie zaskoczyć, na każdym kroku, zawsze pozytywnie. Dworzec wygląda jak ten w Kioto w Japonii. Piękna, współczesna bryła dominująca nad miastem, funkcjonalna i czysta.

Droga do centrum wyraźnie oznaczona. Bulwary, jak nazwalibyśmy to w Krakowie, lub nadbrzeże Brdy, oświetlone i zagospodarowane. Natrafiliśmy na citylight, taką podświetlaną reklamę, z reprodukcją obrazu Leona Wyczółkowskiego i krótkim opisem. Do tego hasło „Z Wyczółkowskim po drodze” i opis, jak trafić do poświęconego artyście muzeum. Wyczółkowski, urodzony na Podlasiu, oczarowany Ukrainą, mieszkał głównie w Krakowie. W dwudziestoleciu międzywojennym nabył dworek w Gościeradzu, 18 km stąd. Bydgoszcz przyjęła go za swojego etatowego artystę. W Krakowie byłby jednym z wielu, tu jest jedyny.

Oddział muzeum, w którym zgromadzono jego dzieła, narzędzia i pamiątki, jest urządzony jakby to był dom. Brakuje pomieszczeń prywatnych – u Mehoffera w Krakowie jest sypialnia, buduar żony. Tu dominują obrazy, te mniej znane. To trochę dom, trochę pracownia, trochę izba pamięci. „Piwonie i jaśminy”, biel w tylu odcieniach. „Portret Rydygiera z uczniami”, a na nim ludzie jak żywi. Autoportrety i martwe natury. Grafiki, oleje, pastele, akwarele i szkice. Nie jest to może przekrój przez jego twórczość, ale reprezentatywna jej próbka. Taki teaser, by zachęcić do dalszego oglądania.

Obok Galeria Sztuki Nowoczesnej. Ta jest świetnie przygotowana dla młodszych zwiedzających. Dziełom towarzyszą ich kopie wykonane w trwałych materiałach, które zachęcają do dotykania, do zabawy i do gry. Galerii towarzyszy przewodnik dla dzieci, z krótkim objaśnieniem danego obrazu czy instalacji i zadaniem. Takie macanki i kolorowanki. Jest to ciekawe, na poziomie i zrobione z pomysłem.

Sama kolekcja to głównie mniej znane prace ważnych artystów. Jest kilkoro reprezentantów regionu. Nowoczesność pojmowana jest dość szeroko, najstarsze są chyba prace Tadeusza Makowskiego, który zmarł w roku 1932. Wnętrze jest przystosowane do prezentacji takiej kolekcji, ale panowie którzy weszli za nami przechodzą, nieco zagubieni, bardzo szybko.

Punkt Miejskiej Informacji Turystycznej zaopatrzony jest w liczne oficjalne folderki i mapy. W Krakowie tego nie ma wcale. Przewodnik, który znam już na pamięć, można tu kupić w wersji papierowej za… 10 zł. Ceny zdecydowanie regionalne. Świetnie opracowane są trasy zwiedzania, z opisanymi pokrótce najważniejszymi zabytkami. Do tego akcja „Podbij Bydgoszcz”, czyli zbierz 20 pieczątek w różnych miejscach. Byliśmy w kilku z nich, rzeczywiście dopiero po zwiedzaniu mogliśmy otrzymać upragniony stempelek. Są też kanałowe, rymowane zagadki. Rozwiązanie ich i odczytanie hasła również wymaga spaceru po mieście, które jest ładne, odnowione, czyste i interesujące. Sama przyjemność.

Wycieczka po mieście z przewodnikiem – oficjalna, organizowana przez miasto – kosztuje 5 zł od osoby. To jest oficjalny bilet, nie żaden napiwek. Nie wiem, kto te wycieczki dotuje – marszałek województwa, miasto, Unia Europejska – ale z tego miejsca składam serdeczne podziękowanie. Kurs przewodnicki odbył się ostatnio jeden w całym mieście, pierwszy po 10 latach. Mieszkańcy łakną wiedzy o swoim mieście. Wycieczki są organizowane co sobotę, trwają 1,5 godziny. Są cztery trasy zwiedzania, dziś – „Dookoła Śródmieścia”. Okazało się, że Śródmieście to dzielnica za Brdą, wzniesiona po I rozbiorze Polski, gdy Bydgoszcz dostała się pod panowanie pruskie. Przeczytałam przewodnik, a nie wiedziałam o tym. Na wycieczce okazało się, że jest 28 Bydgoszczan i my, dwoje turystów. Czuliśmy się, jakby wycieczka była specjalnie dla nas.

Oczywiście, jak zawsze, najciekawsi są mieszkańcy: tu podpowiedzą, gdzie są najlepsze lody w Bydgoszczy (Cafe Primo, ul. Gdańska 18). Lody są o smakach Pavlova, bydgoskim, kanadyjskim z daktylami… uczta nie tylko dla wyobraźni!

Zaraz dodają, że w budynku przy Gdańskiej 27 jest imponująca, działająca, secesyjna winda. (Pojechaliśmy nią, po czym wyszedł do nas windziarz, zapytać, jak nam się podobało).

Opowiadają o szkole, o fontannie, o tym, czy podoba im się klasyczna rzeźba Łuczniczki, czy wolą nową. Są przemili, są szczerzy.

Gmachy, które mijamy, są XIX- wieczne, historyzujące, w różnych kostiumach stylowych. Na przykład Hotel Pod Orłem, niezależnie od dekoracji, słynie ze swojej kuchni. Staropolska, prawdziwa, niezmienna i tłusta, jest pyszna. Dachy dekoruje nawet krenelaż na jednym z budynków, a naprzeciwko neobarok. Obok czai się modernizm, całkiem niezły, dodajmy. Nie wszystko tak błyszczy jak na starym mieście, ale dzielnica ewidentnie ożywa. I do tego ta zieleń miejska, te ptaki, ta zadbana roślinność. Niedaleko malutki, stary ogród botaniczny, a pod Bydgoszczą, w Myślęcinku, kolejny, ogromny, imponujący. Mijamy kościół kapucynów, dawniej klarysek, który przetrwał jakimś cudem dziejowe zamieszanie. Niedaleko mieści się muzeum farmacji z zachowaną częścią zwaną recepturą, czyli taką, gdzie przygotowuje się leki, uciera maści. Jest tez trochę architektury współczesnej, na przykład wymarła galeria handlowa. Tak, Bydgoszcz to miasto, gdzie upadla nawet galeria handlowa, ale koło niej działa kino studyjne. Miasto nieoczywiste, miasto zaskakujące.

Tak dochodzimy do dzielnicy muzycznej. W Bydgoszczy, oprócz współczesnej opery, jest teatr, jest filharmonia. Jest nawet plac zabaw dla dzieci z muzycznymi zabawkami! Ten zwrot w stronę muzyki Bydgoszcz zawdzięcza Andrzejowi Szwalbe. Schwalbe to po niemiecku jaskółka, działacza upamiętniono (poza ulicą i pomnikiem) umieszczając jaskółkę przy jednej ze współczesnych, bydgoskich rzeźb.

Ciekawych rzeźb jest kilka. Łuczniczka autorstwa Ferdinanda Lepcke przybyła do Bydgoszczy zakupiona przez niemieckich przedsiębiorców w roku 1910. Jest klasyczna, jest symbolem.

Przy operze postawiono Łuczniczkę Novą – ta dopiero budzi kontrowersje, ale mi podoba się to, że można podejść twórczo do symbolu, dyskutować z nim polemizować, inspirować się. Przez rzekę przechodzi po linie akrobata wykonany przez Jerzego Kędziorę. Ustawiono (powieszono?) go tutaj, by uczcić wejście Polski do Unii Europejskiej. To przy nim jest dodana jaskółka Szwalbego.

Legendę bydgoską znalazłam jedną – o Twardowskim. Co robił w Bydgoszczy ani skąd się wziął nie wiadomo, dość, że przyleciał, jak zwykle, na kogucie. Wyczyniał na rynku sztuczki. Wreszcie burmistrz, człowiek posunięty już w latach, zwrócił się do niego z delikatną prośbą. Miał bowiem młodą, ładną żonę. Poprosił o odmłodzenie, a Twardowski spełnił jego życzenie. Burmistrz wrócił do domu, żona go nie poznała i wygnała precz. A postać Twardowskiego ukazuje się w oknie przy rynku o 13:13 i 21:13, wybuchając szatańskim śmiechem.

Śmiechem – a może chichotem? Chichot, chichrać się to podobno słowo z gwary bydgoskiej. U mnie w domu się tak mówi, ale możliwe, że to jest wyraz przejęty z tamtych stron. Gdy zamawiałam w restauracji śniadanie, powiedziałam kelnerce, że usiądziemy „na polu”. Ona mnie nie zrozumiała! Pan stojący za mną pospieszył z pomocą: „Pani pewnie z Krakowa… U nas, w Bydgoszczy, mówi się na zewnątrz”.

Tak samo muzea, mieszczą się w spichrzu, nie w spichlerzu. Spichrz, Spichrze nad Brdą, to jest poprawna forma. Kolejne muzeum opowiada dzieje Bydgoszczy wstecz, od roku 2005. To jest muzeum typu „Podziemia Rynku w Krakowie”. Czyli mnóstwo planszy, gier, ekranów dotykowych, ale mało obiektów. Najbardziej zainteresował nas album na zdjęcia, a tam fotografia z początków XX wieku podpisana „Na pierwszej randce”. My sobie na pierwszej randce nie robiliśmy zdjęć… Dziś miałoby ono wielką wartość.

Wieczorem idziemy do opery. Dziś Don Carlos, dzieło Verdiego. Opera zaprojektowana w latach 60., doczekała się otwarcia dopiero w roku 2006. Jest ogromna, dominuje nad miastem. Miejsca są wygodne, szerokie. Nie to, co w Krakowie, to zupełnie inna skala. Ale nie oceniaj opery po budynku. Idziemy słuchać. Stanisław Kuflyuk śpiewający partię markiza Rodrigo Posy, zasłużył na osobną owację. Baryton wywodzi się z Ukrainy, ale od dawna śpiewa w Polsce. Teoretycznie mogłam go słyszeć w Krakowie, ale wątpię – zapamiętałabym to. Przedstawienie odbywało się w dekoracjach mniej-więcej współczesnych, ale kostiumy postaci nawiązywały do czasu, w którym dzieje się opera. Szczególnie stroje delegacji Flamandów budziły skojarzenia z dawnością. Na wyróżnienie zasługuje także balet – dopiero, gdy tancerze wyszli ukłonić się po zakończeniu, zrozumiałam, że jest ich jedynie 12! Dosłownie dwoili się i troili. Aranżację nazwałabym bezpieczną, zadowalającą rożne gusta, ale śpiew był zachwycający. Tymczasem publiczność nie wyglądała na równie poruszoną, jak ja. Czyżby takie przedstawienia oni mieli tu co tydzień? Zazdroszczę!

Wieczorem odbywał się jeszcze jeden koncert, plenerowy. Jubileusz 40-lecia zespołu Kombi połączony z laserowym show uświetniał święto województwa oraz cały dzień poświęcony kosmosowi i wieczór spędzony na obserwacji gwiazd. Wszystko było bardzo kulturalne, mimo piwa i kiełbasek z kapustą. Żadnych śmieci, żadnych burd, za to rodziny z dziećmi i atmosfera pikniku. Show laserowe doskonale przygotowano. Aż nie wiedziałam, w którą stronę patrzeć. O zespole Kombi wiem niewiele – „…słodkiego, miłego życia…”. Tymczasem usłyszałam mądre, ciekawe teksty i zaskakująco współczesną muzykę.

Bydgoszcz jest już gotowa na turystów. Czy turyści są gotowi na Bydgoszcz?

Kolej na sztukę to nie tylko miasto, to także przejazd. Cichutkie pociągi zachęcają do lektury. Dziś Tuwim nie mógłby napisać „Lokomotywy”, nie ma już tego charakterystycznego tłuczenia się po szynach. Przeczytałam „Dwanaście srok za ogon” oraz „Bliskie kraje”. Obie te książki kupiłam 23 kwietnia, czekały na dobry moment. Podglądałam co czytają inni: dziewczyna której wystają podwiązki, chłopak w kowbojskim kapeluszu, starsza pani przytulająca nieufnie torebkę, biznesmen który nawet nie poluzował krawata. W pociągu wszyscy, tak różni, byli cisi i uprzejmi. Może dzięki temu, że jedziemy szybkim, czystym i punktualnym pociągiem, także i my jesteśmy inni, zachowujemy się inaczej? Jeździłam pociągami japońskimi, francuskimi, hiszpańskimi, holenderskimi i belgijskimi też. Nie mamy się czego wstydzić, naprawdę.

Może tylko tego, że tak mało z nas jeździ do Bydgoszczy.

W Bydgoszczy byłam w dniach 10-12 czerwca 2016 dzięki akcji „Kolej na sztukę” organizowanej przez PKP Intercity. Więcej moich wrażeń o Leonie Wyczółkowskim można przeczytać pod tym linkiem.

10 myśli na temat “Bydgoszcz – miasto nieoczywiste”

  1. Dzięki za ten wpis,jako rodowita bydgoszczanka pojęcia nie miałam o tej windzie i przy następnej wizycie w mieście z pewnością ją odwiedzę :-)

  2. mnie jako bydgoszczance bardzo miło czytało się ten tekst :) nawet nie wiedziałam, że mamy takie świetne koszulki z Leonem, kolejnych udanych podróży po Polsce!

  3. Wielkieś uniczyła plusy miastu memu,
    Choć mieszkam tu od lat – wiesz więcej, czemu?
    Mam odpowiedzi kilka, lecz nie czas i nie miejsce na to,
    Chcę Ci po prostu podziękować, że opowiedziałaś światu!

    Miłego podróżowania!

  4. Mimi, że jestem z Chojnic, Bydgoszcz znam od małolata. Znałam ją zanim była taka wypacykowana jak teraz, ale nawet wtedy gdy wielu ludzi nazywało to miasto „Brzydgoszczą”, z czym w ogóle się nie zgadzalam i nie zgadzam, to ja pokochałam to miasto jako swoje. Zaczęłam i skonczyłam tam studia i nigdy nie poczulam się gorsza z racji tego, że pochodze z mniejszego miasta. Czasy mojego wchodzenia w dorosłość, przeżyłam właśnie tam, najlepsze, alternatywne, niekomercyje imprezy „zaliczyłam” właśnie tam i w końcu niezliczone wycieczki dzienne i nocne, pełne szaleństw. Poznałam tez swą milość i nową rodzinę, która uwielbia fakt, że pochodzę z Borów Tucholskich, z jakże pięknego miejsca na mapie Polski. Polecam turystom Bydgoszcz, jako alternatywę dla utartych ścieżek, a także dla ludzi, którzy chcą być w mieście, a jednocześnie poczuć się sielsko, jak u siebie.

  5. Serce rośnie, kiedy czytam takie opisy i komentarze. Na pewno z wielką radością dodałbym do Twoich wycieczek trochę inne okolice, może Szwederowo (a przynajmniej jakiś jego wycinek), Sielankę, która właśnie w idei miasta-ogrodu była budowana, kawałek Fordonu i te mniej oczywiste części śródmieścia, które trzeba znaleźć przypadkiem, albo zostać do nich zaprowadzonym.

    Nie piszesz też słowem o rejsie tramwajem wodnym. To ciekawe, bo miasto widziane z wody prezentuje się też zupełnie inaczej i wyrabia się pewne pojęcie o tym, pod jak wieloma kątami da się je postrzegać. Do tego Exploseum, czyli OGROMNY kompleks dawnej fabryki nitrogliceryny, który napędzał niemiecką machinę wojenną. Od pewnego czasu można go zwiedzać także bez przewodnika, co jest wielką zaletą, bo nie trzeba czekać na „jedną z kilku wycieczek” w ciągu dnia.

    W skrócie – zapraszam ponownie, bo nadal jest sporo do zobaczenia! :)

    1. Płynęliśmy tramwajem wodnym, wszyscy nam to polecali i rzeczywiście, pokonanie śluzy jest ciekawy doświadczeniem :) Pan Kapitan widząc w nas turystów usadził nas za sterem, nałożył czapkę i zachęcił do fotografowania. To mi się w Bydgoszczy najbardziej podobało: Bydgoszczanie. Wrócę na pewno!

  6. Bardzo ciekawy post! Nabrałam ochoty na odwiedzenie Bydgoszczy. Nie miałam pojęcia, że tam jest tyle fajnych miejsc i tyle się dzieje. Przy najbliższej okazji wsiadam w pociąg i jadę!

  7. Bardzo dziękuję za ten artykuł! Jako rodowita bydgoszczanka (lokalna patriotka), czuję się jeszcze bardziej dumna ze swojego miasta i dzięki Tobie posiadłam nową wiedzę oraz argumenty do jego promowania poza jego granicami :) :) :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.