Edward Rutherfurd, Paryż: gdy tło wyziera na plan pierwszy

Być może ta książka zmieni moje życie.

Gdy pisze się książkę o Paryżu, wiadomo, że „bohaterowie” oraz „tło” zamienią się miejscami. To jest powieść o mieście. Zaludniający je przez wieki paryżanie to może więcej niż pionki, ale na pewno nie rozgrywający. Myślę, że w powieściach historycznych postaci to najsłabsze ogniwo. Jak nadać komuś, kto żył dawno temu i wyznawał inne wartości cechy, które zaciekawią współczesnego czytelnika? – to jest wyzwanie. Autor powieści „Paryż” wybrnął z niego w ten sposób, że poznajemy rody – rodziny, które zamieszkują miasto na przestrzeni jego dziejów. To, która osoba gra główna rolę, okazuje się tak naprawdę na stronie 700 (około). Wcześniej tych ludzi jest tak wielu, a każdy taki inny, tak są do siebie niepodobni, że to aż cieszy. Dzięki temu możemy zżymać się na czyjeś zachowanie, ale to tylko jeden z elementów składowych dramatu. Tu bohaterami nie są królowie czy premierzy ani głownodowodzący. Dzięki temu książka zyskuje na wiarygodności – każdy może zakwestionować słowa wypowiedziane przez Ludwika XIV, a niezapisane w kronikach, ale już szlachcic de Cygne, nienotowany w tychże annałach, może mówić w powieści co się żywnie autorowi podoba.

Screenshot_2017-05-25-21-54-46

Gdy w tle jest Paryż, poprzeczka umieszczona jest wysoko, ale chyba każdy fan tego miasta znajdzie coś dla siebie. Jest Wersal, jest Place du Tertre. Są fragmenty gdy ktoś wciela się w przewodnika – no cóż, musiały być, wiem, jakie to niewdzięczne tak pisać. Nie ma ich na szczęście wiele. Większość miasta poznajemy wraz z jego mieszkańcami. Najwspanialsze są techniczne opisy wieży Eiffela – o kuciu na gorąco, o kożuchach, które dostali młotowi, o tym, jak konstrukcja opiera się wiatrowi i nawet o tym, jak działają windy. Inżynierowie byliby dumni. Tu autor zdecydowanie odrobił lekcję.

Gdy mowa o badaniach przed pisaniem, troszkę niepokoi, że „Paryż” to tylko jedna z powieści tego typu. Autor napisał (opisał? sportretował?) jeszcze Nowy York i Londyn. Nie mam na razie w planach tych lektur. Obawiam się sztancy. To największa wada powieści historycznych: Sienkiewicz i jego powielanie kliszy odstręczaja mnie od sięgnięcia po inne dzieła Folleta, Gortnera czy Rutherfurda właśnie.

Gdy czytam, słucham melodii zdań. Tutaj język nie zachwyca, miejscami (tylko miejscami, stron jest prawie 1000) drażni. Za to sceny skonstruowane są tak, że trudno się od książki oderwać. Całą powieść rzecz jasna posklejałabym inaczej. Zabrakło mi tu troszkę średniowiecza. Zabrakło mi zupełnie Viollet le Duca i jego pomysłów na Paryż. Ale autor miał własny zamysł i to się broni. Trudno napisać o każdym paryżaninie przez całą historię, ale pisać o Eiffelu, a pominąć le Duca… (Zosia kręci głową z niedowierzaniem).

Gdy już mowa o tym, czego nie ma, trzeba wymienić wszystkie dzieje miasta, wszystkie! Jest pogrzeb Victora Hugo, ale nie ma słowa o Nędznikach. Pojawia się kradzież Mona Lisy czy Picasso czy Hemingway, ale tylko jako odnośniki, punkciki bez komentarza. Nawet Napoleon jest jedynie w sarkofagu. Rozumiem ten sprytny zamysł. Sprawił on, że jest to książka dla osób, które albo mają cała historię w nosie i nie przejmują się, czy Komuna Paryska miała szansę się udać. Jest też drugi typ czytelnika – mrówka, która wyłapie najdrobniejsze nieścisłości. Kim jestem ja? Blisko mi do zostania fanką pisarza, z którym spędziłam dużo przyjemnego czasu.

Gdy piszę, że być może ta książka zmieni moje życie, mam na myśli budzenie ambicji. Po lekturze Gortnera pisałam – niech ktoś mu opowie o królowej Bonie! Teraz czuję się inaczej. Teraz sama, obawiając się polegnięcia na XX wieku, chciałabym spróbować opisać podobnie Kraków. I krakowian.

Edward Rutherfurd, Paryż, przełożyła Agnieszka Mitraszewska, Wydawnictwo Czarna Owca, 2014.

Rynsztok jest tuż za progiem.

Może właśnie dlatego Wersal tak sugestywnie działa na zwiedzających. Stanowi symbol całego świata, który uległ zagładzie i został zamrożony na zawsze w tym perfekcyjnym stanie, dokładnie takim, jakim był w momencie, gdy król i królowa byli wleczeni na szafot.

– Można być niewinną, nie będąc ignorantką.
– Tego jeszcze nikt nie dowiódł.

Podobno większość artystów to potwory. Nie wszyscy. Ale większość.

Poznasz wielu mężczyzn i wiele kobiet, którzy mają to samo albo jeszcze coś gorszego na sumieniu, a mimo to im wybaczysz.

Będę miał przyjemność wam zazdrościć.

Będę studiował malarstwo do końca życia, ale nigdy nie będę malarzem.

Gdy jesteś tu, kto wie, jakie wspaniałe rzeczy mogą ci się przydarzyć. Ale jeśli będziesz gdzie indziej, na pewno nic się nie wydarzy.

Nazwanie kobiety niezależną przeważnie nie uchodzi za komplement.

Nie znam takich rodziców, którzy chcieliby, żeby życie ich córki było przygodą.

Ogrodnik nie tworzy kwiatu.

Zawsze byłam dumna ze swojej niezależności, choć nie za sposobu, w jaki ją osiągnęłam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.