Osamu Dazai, Zmierzch: nożem po szkle

Na tradycyjne społeczeństwo spadła bomba atomowa – i co było dalej? Nowoczesna, naszpikowana technologią Japonia jeszcze wtedy nikomu się nie śniła. Droga od zakończenia wojny do tego, co nazywamy przyszłością jest daleka, pokonywana najczęściej po omacku i po ciemku. „Zmierzch” minionej epoki to też mrok, w którym powstanie nowy porządek. Na razie go nie widać.

Akcja „Zmierzchu” mogłaby toczyć się w innym miejscu dotkniętym katastrofą, na przykład w scenerii postapokaliptycznej. Bohaterowie powieści nie mają nadziei ani przyszłości, a przeszłość jest balastem. Japonia spoza obrazka jest ciekawsza niż na pocztówkach. Kraj, który przeżył upadek i wypiera porażkę jest bardziej interesujący niż historia napisana przez zwycięzców. Społeczeństwo na oślep szukające wyjścia wygląda na miotające się bez celu. Dziś o tym się nie mówi, a w latach 40. XX wieku kilku autorów publikowało utwory o podobnym wyrazie. Czy przyniosły one Japończykom katharsis, albo chociaż ulgę? To literatura bolesna, opisująca rzeczywistość po klęsce, w beznadziei, w desperacji.

zmierzch-cover-tajfuny

Podobno najlepsze dzieła powstają z dotykania tego, co autora kłuje, boli i uwiera, bo wymagają poruszania tego, co zazwyczaj zostawia się w spokoju. Twórczość Osamu Danzai jest zaliczana do nurtu shishosetsu, czyli „powieści osobistej”. To coś więcej niż czerpanie z własnych doświadczeń. Kojarzy mi się z autokreacją i scalaniem życia, autobiografii i literatury. Za mało o tym wiem, żeby wypowiadać coś więcej niż luźne myśli. Bohater „Zmierzchu”, Naoji, odkładał samobójstwo do śmierci matki. Osamu Danzai popełnił (skuteczne) samobójstwo, gdy jego córka miała rok. Została uznaną pisarką, a sieroctwo i niepełna rodzina naznaczyło jej twórczość. Wcześniej podejmował kilka prób samobójczych, zawsze w parze. W literaturze motyw wspólnej śmierci kochanków cieszy się popularnością i wywołuje wzruszenie. Życie tak łatwo rozwiewa romantyczne złudzenia – pisarzowi w każdej próbie towarzyszyła inna kobieta.

W „Zmierzchu” arystokraci na gruzach dawnego imperium nie są już u siebie. Kazuko, młodą kobietę, cieszą buty, które dostała do robót publicznych. To dobre buty, z grubą podeszwą, może w nich uprawiać mały ogródek i dzięki temu mają co jeść. Te buty przemawiają bardziej niż zderzenie manier i wytwornego języka ze światem knajp, biedy, braku prądu i walki o przetrwanie. W powieściach detale mówią najwięcej.

Bohaterowie wspominają o cesarzu, był dla nich ważną osobą. Mówią, że on też został wyzwolony, albo wyśmiewają radę, żeby otworzył kiosk z warzywami. Okazując współczucie władcy dają je też pośrednio sobie nawzajem. Kazuko pisze listy z egzaltacją, choć postępuje dosadnie. Raziło mnie, gdy w powieści nazywa swoje pragnienie po imieniu, nie pasowało do tej postaci. Dla niej zapewne też było to dziwne: pisząc za dużo, bez powściągliwości, manifestuje, że już nie chce być arystokratką. Zachowuje się inaczej niż dotąd, łamie normy, więc brakuje jej wyczucia. Czytelnik to odbiera jak zgrzyt, jak skrobanie nożem po szkle.

Kazuko podąża za tym, czego chce, bez oglądania się na okoliczności. Buntuje się na własne potrzeby. Jej brat Naoji ucieka w brak hamulców, później w śmierć. „Zmierzch” nie proponuje rozwiązań ani recept, opisuje zachowania i mechanizmy. Cenię w książkach brak morałów i oczywistości.

„Zmierzch” wydawnictwa Tajfuny to, wśród innych walorów, piękny przedmiot. Dotknęłam go między 30 innymi japońskimi książka. Wyróżniał się gładką, przyjemną fakturą, aż chciało się głaskać okładkę, stonowaną, dyskretną. Gdybym wzięła go do ręki w księgarni, już bym go nie wypuściła z rąk. Widziałam ekspozycję w księgarni Wydawnictwa Literackiego i De Revolutionibus, przykuwa uwagę skromnością, jest taki inny. „Zmierzch” zupełnie nie pasuje do krzykliwych plakatów i księgarnianych stosików. Po otwarciu jest jeszcze ładniej – papier, marginesy, wewnętrzna strona okładki… W zwykłych książkach staram się na to nie patrzeć, bo smucą mnie niedoróbki. Nie oceniaj książki po okładce, ale wydawnictwo oceniaj, jak najbardziej. „Tajfuny” to samodzielne wydawnictwo i księgarnia, celujące w literaturę japońską. Liczę na ich sukces, dzięki temu będę mogła czytać jeszcze więcej tego, co lubię, nawet, jeśli to uwiera.

Osamu Dazai, Zmierzch, z japońskiego przełożył Mikołaj Melanowicz, ze wstępem Karoliny Bednarz, Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2019.

Ostatnio odkryłam coś, co różni człowieka od zwierzęcia. To prawda, że człowiek posługuje się językiem, ma wiedzę i mądrość, umie myśleć, tworzyć porządek społeczny. Ale czy zwierzęta w różnym stopniu nie mają tego rodzaju cech?Kto wie, może mają też własną religię?Człowiek pyszni się, że jest panem wszystkich stworzeń, ale przecież w istocie nie różni się chyba od innych istnień. Choć nie, jednak różni się jedną rzeczą. Wiesz czym? Inne istoty absolutnie tego nie mają, tylko człowiek. Jest to posiadanie tajemnic.

Kiedy udawałem przedwcześnie dojrzałego, ludzie zaczęli plotkować, że jestem przedwcześnie dojrzały. Kiedy udawałem lenia, ludzie opowiadali, że jestem leniem. Kiedy udawałem, że nie umiem pisać powieści, rozgłaszali, że nie umiem pisać. Kiedy udawałem, że kłamię, ludzie mówili, że jestem kłamcą. Kiedy udawałem, że jestem bogaty, ludzie opowiadali, że jestem bogaczem. Kiedy udawałem obojętność, ludzie mówili, że jestem zimnym draniem. Ale kiedy naprawdę było mi ciężko i mimo woli wydawałem jęki bólu, ludzie opowiadali, że udaję cierpienie. Nic tu się nie zgadza.

Ten, kto z miną tryumfującej wyższości będzie potępiał moje samobójstwo i mówił, że powinienem był trwać do końca, a nigdy nie wyciągnął do mnie pomocnej ręki, jest zapewne wielkim geniuszem, takim, co to równie dobrze mógłby poradzić cesarzowi, aby otworzył kiosk warzywny.

Kurt Vonnegut, Trzęsienie czasu: ulubiony pisarz moich ulubionych pisarzy

John Irving. David Mitchell. Gavin Extence. Jako ulubionego pisarza każdy z nich wymienia Kurta Vonneguta. Łączy ich więcej: lekki cynizm wobec świata, serdeczność wobec ludzi z serdecznym śmiechem ze słabostek, bez szyderstwa, wnikliwe obserwacje, zostawienie przygód bohaterom, bez autorskiego gwiazdorzenia. Czy zaczerpnęli to od niego? Jak jego książki wpłynęły na ich styl? Wcześniej nie przeczytałam żadnej jego książki – „największe przyjemności odkładam najchętniej”. Warto było czekać. Teraz mogę go docenić.

iu-3

„Trzęsienie czasu” ma jedynie zarys fabuły. To manifest, podsumowanie i testament. Autor celnie naświetla ważne sprawy i forma nie potrzebuje nazwy (choć na pewno ktoś już jakąś wymyślił). Najważniejszym wydarzeniem jest pętla czasowa i jej konsekwencje. W książce wszechświat dostał zadyszki, stracił wiarę w siebie i dekada od 1991 do 2001 wydarzyła się dwa razy. Ludzie powtórzyli każdy gest z tych lat. Przez taki szmat czasu nie mieli wolnej woli – przysługiwała im tylko za pierwszym razem. Za drugim nie musili myśleć, a jedynie działać jak automaty. Mało kto w ogóle zauważył, że coś było nie tak.

Wolna wola jest potrzebna jako narzędzie wyboru. Kurt Vonnegut zachwyca się życiem – nie posądzałam go o to, nie po tym, co o nim czytałam u jego następców. W „Trzęsieniu czasu” podkreśla, że jesteśmy na świecie żeby dobrze się bawić, że mamy tylko trochę czasu i szkoda go trwonić bez przyjemności. Pisze o absurdach, o śmierci i chorobach (dosadnie), pisze o tym, żeby zauważać szczęśliwe chwile bez nadętego patosu, który przebija przez mój tekst. Używa cynicznego uśmieszku jak środka stylistycznego i przebija nim bańki egzaltowanego zachwytu.

Stary, uznany Amerykanin użył moich zwrotów. Mam w ręku książkę ze słowami, których autorstwo przypisywałam komuś w mojej okolicy. Widocznie życie na autopilocie nie jest aż tak niepopularne, jak sądziłam. Pierwszy raz zobaczyłam w druku słowo „priorytetyzacja”. Program do edycji tekstu podkreśla je jako błąd, a książka ukazała się w roku 2004. Na okładce wydawnictwo zaprasza na stronę Internetu – nie internetową, nie w Internecie.

Autor zauważył, że telewizja zubaża wrażliwość i wyobraźnię widzów. Dziś to żadne odkrycie. Wokół pełno argumentów, że kiedy widz nie musi wyobrazić sobie czegoś więcej, dopowiedzieć, z czasem myśli mniej i myślenie wymaga coraz większego wysiłku. Wokół pełno coraz większych i coraz lepszych telewizorów. Nie wiem, czego oczekiwałam, ale zwrócenie uwagi na społeczny kontekst sztuki, na to, że sztuka jest spotkaniem twórca-odbiorca i nie da się tego przeżyć samemu, jest zbieżne z moimi myślami. Też wolę teatr od kina, też wybieram koncerty i przedstawienia ze względu na publiczność.

Może celował w manifest, może w powieść, a napisał pean dla więzi społecznych. Z uśmiechem (cynicznym) komentuje, że kobiety chcą więcej spotkań rodzinnych, żeby było więcej osób, z którymi można rozmawiać. W dobie komputerów płacił staroświeckiej sekretarce tylko po to, żeby móc z nią rozmawiać przez telefon i mieć pretekst do wyjścia do ludzi i rozmów z nimi przy okazji wyprawy na pocztę. Plemię, wioska, diaspora i kuzyni pojawiają się co chwilę i pełnią ważną rolę. Nie statystów, lecz twórców. Podobno potrzeba całej wioski, żeby wychować jedno dziecko. Kurt Vonnegut potrzebuje całej wioski, żeby pisać.

Gdy czytam książkę ze względu na cytat, na który trafiłam przypadkiem, wypatruję jego zwiastunów w każdym akapicie. Te słowa pojawiają się na końcu. Wyrwany z kontekstu brzmi jak przytulenie odbiorcy. W kontekście oznacza, że artyści tworzą po to, aby odbiorcy nie czuli się osamotnieni. Brzmi jak przesłanie uznanego pisarza, brzmi jak misja.

Ten cytat to:

2019-01-22 17.34.46

Podobno Kurt Vonnegut przez całe życie pisał jak cyniczny starzec. Trzeba będzie sięgnąć po jego wcześniejsze książki, żeby się przekonać. Już nie mogę się doczekać.

Kurt Vonnegut, Trzęsienie czasu, przekład Andrzej Chajewski, Wydawnictwo Amber, Warszawa 2004.

Jedna parogodzina to 60 minut, podczas których małżonkowie są dostatecznie blisko siebie, żeby nawzajem się postrzegać i żeby jedno z nich, jeśli tego zechce, mogło spokojnie, nie wydzierając się, powiedzieć drugiemu, co myśli.

(ojciec chwalił córkę ponad miarę i ją tym zawstydzał) W rezultacie nie nauczyła się czerpać radości z tego, co mogłoby stać się jej udziałem, gdyby nie wymagała od siebie tak wiele.

A może Allie dostrzegała w pochwałach ojca protekcjonalizm, którego nabierają dorośli w stosunku do ślicznych dziewczynek wywołujących ochy i achy każdym swoim słowem.

Artyści to ludzie, którzy mówią: nie potrafię naprawić mojego kraju, stanu czy miasta ani nawet małżeństwa. Ale, na nieba, potrafię zrobić z tym kawałkiem płótna, tą kartką formatu A4 albo tym arkuszem papieru w pięciolinię dokładnie to, co trzeba.

Ten człowiek to święty. Definiuję świętość jako uczciwe postępowanie w nieuczciwym społeczeństwie.

Dlaczego mielibyśmy wyrzucać pieniądze na rozwiązywanie problemów? Ponieważ po to pieniądze są.

Pamiętaj, pocałunek jest wciąż pocałunkiem, a spojrzenie wciąż spojrzeniem.

Alfonso Cruz, Dokąd odchodzą parasolki: niema poezja

Czytanie analityczne niektórym kojarzy się z rozbiorem obrazu na plamy. Rozpisanie na czynniki książki, która mi się podobała, przynosi dodatkową przyjemność. Raz jeszcze mogę się zanurzyć i docenić elementy, ich harmonię i całość. Gdy Izaak Newton przepuścił światło przez pryzmat i uzyskał tęczę został oskarżony, że odziera świat z tajemnicy, a ludzi z zachwytu. „Rozplatanie tęczy” to tytuł jednej z książek Richarda Dawkinsa, afirmującej piękno tego, co nas otacza, bez nazywania tego „dziełem stworzenia”. Analiza to wyższy stopień uważności.

Alfonso Cruz jest Portugalczykiem, jego pierwsza powieść dotyczy Oskara Kokoschki (więc zapewne Wiednia), a druga dzieje się gdzieś w krainie nazwanej umownie Orientem. Opowieść jest zamknięta i wystarczająca sama w sobie. Powstrzymywałam sprawdzanie szczegółów z realnym światem: nie wiem, czy wspomniany jednym słowem lud jakiśtam istnieje – nie drążyłam, nie miało to znaczenia. Wśród niewielu nazw geograficznych wyłapałam Beludżystan. Wybrałam ten płaskowyż do mojej pierwszej powieści jako miejsce, o którym mało kto słyszał. Czy autor kierował się podobnym kryterium? Odległości są traktowane luźno, a jedyne konkretne miejsce pielgrzymkowe leży poza kadrem. Tak buduje się baśniowość. Powieść nienachalnie zyskała charakter uniwersalnej przypowieści. Wszystkie zgubione na całym świecie parasolki odchodzą w to samo miejsce.

dokad-odchodza-parasolki-b-iext53061632

Bohaterów łatwo zapamiętać, bo każdy został opisany jednym zdaniem. Wytwórca dywanów chce być niezauważalny jak ściany, jego siostra chciałaby wyjść za mąż, ale ma trochę krzywe zęby, ich kuzyn nie mówi i tworzy na migi poezję i tak dalej. Postaci jest wiele, a określeń mało. To wynika z konieczności opisania tylu osób, całej małej społeczności i ich wpływów. Te zdania przewijają się przez całą powieść. Budują strukturę opowieści jak naprzemienne szczebelki i rytm jak refren.

Wśród wszystkich mieszkańców miasta gdzieś w Iranie czy Pakistanie, najbardziej zagubieni są duchowni. Polityka w powieści to układ sił. Wydarzenia z datami nie mają znaczenia na prowincji ani w życiu powszednim. Styl życia został pokazany naturalnie. Wsiąkamy w niecodzienna dla nas codzienność. Widzimy przemoc, zwłaszcza bicie dzieci jest traktowane zwyczajnie i opisane bez ocen. To dobra ilustracja do nauki, jak pokazać nie nazywając, jak pozwolić czytelnikowi poczuć.

Poeta jest niemy. Pisze poematy, czasem pokazuje fragment „Urywków perskich” które wszyscy znają jako komentarz, i przemawia rękoma. Kuzyn odczytuje jego wypowiedzi, po latach ma praktykę, a ja mam wątpliwości. Po latach milczenia kuzyn może rozmawia już tylko sam ze sobą, jego dialogi wewnętrzne nabrały formy rozmowy z gestykulującym adwersarzem. Wypowiedzi poety są zapisane jak wiersze, z enterami i czyta się je inaczej, wolniej. Każda postać mówi inaczej: Hindus ma swoje powiedzonko, Isa chwyta się powtarzalnych haseł, wytwórca dywanów snuje teorie. Po samym stylu wiadomo, czyje słowa lub myśli czytamy. Najważniejszą kwestią dla bohaterów jest to, jak bardzo nie mogą się porozumieć. Dopiero po stracie przychodzi opamiętanie, które niczego nie zmienia. Smutny wniosek z pozytywnej książki. A może bez ocen: wniosek pasujący do rzeczywistości płynący z książki, która dotyka prawdy.

Małe historie uzupełniają główny nurt. Kiedyś przypomnę sobie historię o Angliku, który chodził po wysokich górach i uratowała go kobieta z wyklętego plemienia. Całe życie chodziła po tych górach, nosząc przy sobie jego zdjęci wycięte z gazety. Anglik wrócił w te góry, szukał jej, rozpoznał siebie na wycinku, który przejął ktoś inny. Ten ktoś nie zetknął ich ze sobą, zostawił im ich młode marzenia. Przypomnę sobie tę historię i nie będę pamiętać, w jakiej książce ją czytałam.

W tej grubej powieści jest większość tego, co lubię w książkach: polityka rzutująca rykoszetem na codzienność, egzotyka, mała społeczność i zarazem przekrój społeczny, dużo bohaterów, sztuczki językowe, bon moty i nowe spojrzenie na znane tematy. O poecie mówi się, że gołymi rękoma pokonał tygrysa. Pod koniec wytwórca dywanów tłumaczy, że tak mówi się o derwiszach, że poeta przeszedł duchową drogę i ujarzmił tygrysa, którego każdy nosi w sobie. W fragmencie „Urywków perskich” sąsiad ma pretensje do innego za to, o co nie miałby pretensji do natury. Jak opisać cechę charakteru, którą sugeruje puenta „traktuj ludzi tak, jak traktujesz trzęsienie ziemi”? Bezradność, pokora, pogodzenie z losem, pogoda ducha?

„Dokąd odchodzą parasolki” zostały wydane jako interesujący przedmiot. Podpisy pod ilustracjami z szachami odsyłają do tekstu. Tytuły rozdziałów to początki rozdziałów, przerwane w ćwierć zdania. Trudno się oderwać, gdy już przeczytało się kawałek zdania. Miałam źle zeskanowaną jedną stronę, z opisem gwałtów. Wyświetlało się tylko prawe pół strony i myślałam że tak ma być, że w wydrukowanej powieści ta strona też tak wygląda. Pasowałoby to do całościowej koncepcji dzieła.

Czytałam egzemplarz udostępniony przez Wydawnictwo Rebis dla koła literatury najnowszej przy wydziale polonistyki UJ. Zdziwiłam się, gdy w dyskusji został przywołąny „Alchemik” Paulo Coelho (bo bon moty). Studenci krytyki literackiej wiedzą więcej ode mnie: wszyscy skorzystaliśmy na „Alchemiku”, na treść książki nie rzutuje jej odbiór ani późniejsze powieści autora.

Ta książka była polecana w magazynach kobiecych jako czytadło na jesień, taka luźna, babska książka. Opis okładkowy może sugerować takie wrażenia. Czytanie takiej książki jest przyjemnością i warto do tym mówić. Może trzeba czytanie reklamować w taki sposób, żeby stawało się powszechniejsze, choć przez to czuję, że moja przyjemność staje się guilty pleasure.

Alfonso Cruz, Dokąd odchodzą parasolki, tłumaczenie Wojciech Charchalis, Wydawnictwo Rebis, 2018.

Badini myślał, że osiągnęliby lepszy rezultat, gdyby ludzie zamiast przynosić porady, przynosili uściski albo przynajmniej milczenie.

Herezja to nadawanie imion, które są zabronione.

Alessandro Baricco, Jedwab i Ocean morze: miękkie czytanie

Czytanie książek Alessandro Baricco pasuje do zawinięcia w kocyku, koniecznie we własnym domu. Czytam i czuję, jak coś błyska mi w oczach. Nie pozwoliłabym sobie na to w autobusie, w poczekalni, w kawiarni ani w żadnym innym miejscu, gdzie czytam przy obcych ludziach. Marta Marecka mówi, że lubi książki które ją przeczołgują. Te książki nie wstrząsają, nic się po lekturze nie zmienia. Sprawiają taką wysublimowaną przyjemność, że chcę następnej książki tylko po to, żeby znów to poczuć.

„Ocean morze” i „Jedwab” wiele łączy. Różnice w czasie i przestrzeni to pozory, obie dzieją się na styku Europy i reszty świata. Opowiadają o niebezpieczeństwie podróży i niebezpieczeństwie zasiedzenia. Ważną rolę pełni ogród, urastający niemalże do hortus conclusus. Czytałam je jako ćwiczenie na styl. Gdybym próbowała tak pisać, efekt byłby kiczowaty. Czy wyczucia można się wyuczyć?

iu

Opowieść opiera się na prostej, konkretnej fabule z wydarzeniami, które da się opowiedzieć w kilku zdaniach. W hotelu prowadzonym przez dzieci spotyka się kilka pokiereszowanych postaci. W „Jedwabiu” społeczność miasteczka wysyła młodego, francuskiego przedsiębiorcę, aby zdobył w Japonii jedwabniki. Wydarzenia są uniwersalne, emocje też: strach, miłość, podróż, śmierć, zemsta, żądza poznania. Bohaterów łatwo opisać, każdego określa jedna rzecz: profesor całe życie pisze listy do ukochanej, której jeszcze nie ma. Malarz maluje wodą po pustym płótnie. W „Jedwabiu” jest jeszcze prościej, bo postaci to typy: spokojna żona, droga kurtyzana, wszechwiedząca szara eminencja, pan feudalny. Do tego tajemnica: kim są dzieci w hotelu? Jaką przeszłość skrywa milczący żeglarz-ogrodnik, czy potrafi czytać w myślach i mówić w myślach innych? Skąd w Japonii kobieta o europejskich rysach i twarzy dziewczynki? Przepływająca narracja, f=gładka, płynna, daje przyjemność, a rytm buduje nastrój. Zwłaszcza opisy żmudnych podróży oddziałują na wyobraźnię. Dla nas to niepojęte, jak podróż może być żmudna?! Dopiero gdy kilka razy przeczytamy, jak bohater przemierzał szlak, pojmiemy szczęście tanich linii lotniczych i stron typu flipo.pl.

iu-2

Czuję, jakby te książki działały podprogowo, na coś, czego nauka jeszcze nie umie precyzyjnie nazwać, a sztuka już tam dociera. Przeczytałam o Timbuktu, znów mam ochotę na podróż. Znów mam miejsce, które chcę odwiedzić. Przeczytałam, jak Herve latami planuje swój ogród na papierze i znów mam ochotę założyć ogród, jako konstrukcję, nie jako rośliny.

Zostają po tych książkach okruszki, ale czyż sztuka nie powinna bazować bardziej na wrażeniach niż pamięci? Czy mogę do lubianych scen erotycznych dopisać ten moment w kąpieli w „Jedwabiu”, gdy Herve ma zasłonięte oczy i sam nie wie, co czuje? Czy są to aby na pewno pieszczoty, czy stoi za nimi – przed nim – ta, o której myśli? Czy to był seks, co to było? Jeden z bohaterów „Ocean morze” zostawia walizkę jako pretekst do powrotu, to działa trochę jak moneta wrzucona w Rzymie do fontanny di Trevi, zainwestowana. To temat na opowiadanie, które napiszę, gdy następnym razem będę w Rzymie. Będę na pewno, bo przecież wrzuciłam tam tyle monet! Tak działają na mnie dobre książki: chcę pisać. Coś, innego, coś swojego – ale pisać.

Alessandro Baricco, Ocean morze, przełożyła Halina Kralowa, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2001.

Ojciec Pluchę trząsł się na swoim siedzeniu z tą samą wesołą rezygnacją, z jaką się spakował, pożegnał ze wszystkimi, pożegnał raz jeszcze i celowo zostawił w hotelu jedną walizkę, bo kiedy się odjeżdża, trzeba sobie zawsze zostawić pretekst do powrotu.

Piękna podróż. Na każdym przystanku powitania i oznaki radości. Ludzie zaczynali się przywiązywać, tak już jest w tych stronach, to ludzie towarzyscy, nie są podejrzliwi, idą do ciebie z sercem na dłoni. Naprawdę. Okolica przerażająco brzydka, to trzeba przyznać, za to ludzie wspaniali, ludzie starej daty. Ale mniejsza z tym.

Alessandro Baricco, Jedwab, przełożyła Halina Kralowa, Wydawnictwo Czytelnik, Warszawa 2007.

Jedynym widocznym znakiem jego władzy była kobieta leżąca obok niego, z głową wspartą na jego kolanach, zamkniętymi oczami i rękami schowanymi w fałdach obszernej czerwonej sukni, rozpostartej jak płomień na popielatej macie. On przesuwał wolno ręką po jej włosach: jakby gładził futro cennego, śpiącego zwierzęcia.

Ciemna na tle nieba, krążyła bez celu, kierowana jedynie własnym strachem.

Herve Joncour spędził następne lata prowadząc świadomie pogodne życie człowieka, który nie ma już potrzeb.