Sei Shonagon, Zapiski spod wezgłowia: listy na drugi dzień rano w XI wieku

Japonia to zawsze bonus, tu nic nie muszę i wszystko robię tylko dla siebie. Sei Shonagon tak samo podchodziła do swoich szkiców. Na dworze cesarskim przełomu X i XI wieku jej obowiązkiem było pisanie wierszy i udział w zabawach słownych, kalamburach i odgadywanie zagadek. Zapiski tworzyła tylko dla siebie. Miała już wysoką pozycję, gdy wyszły na jaw, stały się popularne i przepisywane. W zhierarchizowanym świecie ich lekkość była jak świeży powiew. Nawet, jeśli początkowo mówiono o nich, bo wyszły spod pióra ważnej osoby na dworze, zostały docenione. Z XI wieku przetrwały notatki o kwiatach, o deszczu i kolorach.

Pisząc o swoim codziennym, niezwykłym życiu, przekazała wiele bezcennych szczegółów o dworze japońskim tamtego czasu. Kronikarze pomijają zwykłe popołudnia jako nieistotne, a my tysiąc lat później nie umiemy sobie nawet wyobrazić, jak to było. Etykieta i opisy pozycji społecznej brzmiały niewiarygodnie, jak struktura drabiny w domku dla lalek albo w ulu. Mężczyźni pisali po chińsku, ona umiała w tym języku czytać, ale nie była pewna, jak napisać odpowiedź i zawstydziła się tego. Stosunki międzyludzkie opisane jako balet w składzie porcelany.

Zapiski spod wezgłowia

Te zapiski są jeszcze ciekawsze jako literatura niż jako historia. Dworzanie idą (właściwie jadą powozami) razem na spacer. Słyszą kukułkę i każdy układa wiersz haiku o tym wrażeniu. Celem nie jest utrwalenie wrażenia, zapamiętanie emocji, tylko przeżycie ich, mocniej. Na dworze nie mieli wielu okazji do mocnych przeżyć. Po wspólnej nocy, przed świtem, mężczyzna wracał do siebie. Z domu miał natychmiast wysłać przez posłańca list do kochanki, list po rozstaniu pisany kolejnego dnia rano. Jeśli nie napisał, było to uważane za ogromny nietakt z jego strony. Sei Shōnagon wraca do tematu tych listów kilkakrotnie. Czasem przeciąga się z rozkoszą, zadowolona. Czasem kipi wściekłością, gdy opisuje mężczyznę, który rano ubiera się niezdarnie i w pośpiechu. Podkreśla, jakie to ma znaczenie dla wspomnień, które po sobie zostawi (a ja staram się nie myśleć o Leszku Millerze i jego „Prawdziwego mężczyznę poznaje się nie po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy”). Z pewną siebie ironią żartuje z innym: ona, kobieta, o dużo niższym statusie społecznym. Dzieli się radością, gdy po kolejnej wspólnej nocy on nic nie napisał, wieczorem posmutniała, bo uznała, że to koniec. I wtedy nadbiegł posłaniec. Wylicza rzeczy, które powodują smutek, radość, wzruszenie. Opisuje z zachwytem miejsca, których nie widziała, które znała tylko z opowieści. Zachwyt był autentyczny, Sei Shonagon wiedziała, jak wiele uczuć można wywołać słowami. Może to właśnie po to słowa są.

Sei Shōnagon, Zapiski spod wezgłowia, czyli notatnik osobisty, tłumaczenie Agnieszka Heuchert, Wydawnictwo Akademickie Dialog, Poznań 2013.

Cieszę się, że dane mi było spotkać osobę inną niż wszystkie. Myślałem, że zrobisz mi przyjemność i otrzymam poemat od kobiety, która zawsze pisze wierszem. Powinienem był jednak przewidzieć, że jesteś osoba nieprzewidywalną.

Yuko Tsushima Jestem, tęsknię, mówię: nazwać tabu

Biografia Yuko Tsushima mogłaby być opowieścią o tym, jak bardzo ojciec jest potrzebny dziecku i jak bardzo może zaszkodzić nawet, gdy jest nieobecny. Jej ojciec Osamu Dazai był uznanym pisarzem i popełnił samobójstwo, gdy córka miała kilka lat. Wychowywała się w niepełnej rodzinie, co w Japonii oznacza pewien ostracyzm i ubóstwo. W Japonii nie jest łatwo być innym, Yuko Tsushima pisała o inności. Przeczytałam dotąd tylko kilkanaście jej opowiadań, porzucenie i samotność pojawia się w nich co chwilę. Zdobyła uznanie, otrzymała liczne wyróżnienia, w tym nagrodę dla pisarek. Buntuję się, bo czy są osobne „nagrody dla pisarzy”? Wiadomo, że nie, że trzeba ustanowić osobą nagrodę dla kobiet, bo z Prawdziwymi Pisarzami nie miałyby szans. Może wtedy, w jej czasach nie dało się inaczej, może bez tego wyróżnienia pisarze by jej nie zauważyli, może w Japonii lepsze to, niż cisza. Jej opowiadania nie są ciche. Nazywa sprawy, które inni pomijali, zwraca się w stronę tabu – dyskretnie, łagodnie, lecz zdecydowanie. Pierwszy raz od dawna mam wrażenie, że czytałam „trudną” książkę. Będę do niej wracać tak, jak wraca się w góry, na wymagające szlaki, zimą.

yuko-tsushima-jestem-tesknie-mowie-piw-2018-10-24

Tytuły opowiadań zazwyczaj pasują do ich treści, ale mają się nijak do tego, co z nich pamiętam. Fabuła „Trzmieli” dotyczy opuszczenia domu i przeprowadzki po śmierci dziadka. „Pełnia” to mit Ajnów opowiadany od nowa, legenda o chłopcu uwięzionym na księżycu. „Tam, gdzie grają cykady” przepełnia tęsknota ojca i córki oraz cień matki, która zginęła, bo była inna, cokolwiek to oznacza. „Miejsce matki” apeluje o dyskrecję, gdy opisuje puste pola zostawione w prowadzonym dzień w dzień przez całe życie dzienniku. „Z Rumoi” świadczy o tym, jak bardzo pamięć płata nam figle, krzywdząc kogo popadnie. Dziewczynka zapamiętała z Rumoi, że matka chciała ją tam porzucić. Matka cały czas pracowała, dziewczynka spędzała dużo czasu czekając na nią i dlatego czuła się porzucona, choć nie to było intencją. „Gdy płoną góry” wyostrza zmysły i serce. Opis pożaru lasu jest tak zmysłowy, jak opis pożaru Tokio, a opis sarny jak opis ukochanego dziecka. Złowrogi tekst „Kłos Panny” opowiada o tym, jak łatwo zabłądzić w ogrodzie botanicznym. Dotąd tylko słyszałam, że dla Japończyków przyroda to siła niszcząca, natura jest akceptowalna tylko jako ujarzmiona. Teraz rozumiem.

Najciekawsze opowiadanie, „Błyszczące oczy”, mówi o tym, jak bardzo jesteśmy sobie potrzebni. Chorego w szpitalu i młodziutką, przypadkową wolontariuszkę łączy tylko spojrzenie w oczy. Performance Mariny Abramovic sprzed kilku lat opierał się na podobnym pomyśle, prostym i pełnym siły. Artystka siedziała w muzeum i patrzyła ludziom głęboko w oczy. Ustawiały się tłumy chętnych, spragnionych, potrzebujących. Esencja człowieczeństwa. Inne medium, inny czas, taki sam człowiek.

Yuko Tsushima, Jestem, tęsknię, mówię, przełożyły Toko AnnA Okazaki-Pindur, Barbara Słomka i Aleksandra Szczechla, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2018.

Georgi Gospodinow, Fizyka smutku: uśmiech przez łzy

Nie da się opowiedzieć tej książki, za to trzeba opowiadać tę historię. Okładka „Fizyki smutku” wygląda jak letni deszcz z odbiciem tęczy, jak uśmiech przez łzy. Krótkie rozdziały, częste wyliczenia i rozdzielone akapity sugerują, że to dobra książka do czytania mimochodem. Te 300 stron zajęło mi ponad dwa tygodnie i nadal nie wiem, dlaczego?

Georgi Gospodinow jest Bułgarem i pisze o tym, co zna. Wydarzenia z „Fizyki smutku” dzieją się w świecie jego dzieciństwa i dorastania. Pisze o tym, co zna najlepiej i do takiego uniwersum dodaje nowe zdarzenia i reguły. Porusza się pewnie po świecie przedstawionym, co brzmi banalnie, ale decyduje o tym, jak odbieram jego słowa: jako prawdziwe i trafne. Kiedy pisarz opisuje, co bohater czuł, mogę go zrozumieć lub poczuć to samo. Kiedy pisarz mówi, co czytelnik ma czuć, mam ochotę rzucić książkę, taki zabieg jest nachalny i nieskuteczne. „Syndrom Paulo Coelho” polega na tym, że pisarz powie: „miłość jest najważniejsza”, a potem wytłumaczy słowo miłość, najważniejsza i jest. Georgi Gospodinow zostawia czytelnikowi miejsce. Czytam o Bułgarii, myślę, ze to o mnie. Wszystkie dobre książki są o nas, każda dobra książka jest o mnie. Jak to możliwe, skoro jesteśmy różni? Wciąż więcej nas, ludzi, łączy niż dzieli.

d61304f960cdbb-fizyka-smutku

Odkąd zastanawiam się, co lubię w książkach, wymieniam przy każdej lekturze prawie ten sam zestaw plusów. Georgi Gospodinow zaskoczył mnie formą, odważnym podejściem do mitologii, mieszaniną czasu, miksowaniem wizji starego człowieka i dziecka. Każdy Europejczyk wychowany na kulturze antycznej zna mit o Minotaurze, albo chociaż postać Minotaura. W „Fizyce smutku” Minotaur jest kim innym niż w powszechnym odbiorze, to prawie jak fanfik do mitologii. Jeśli tradycja oznacza podtrzymywanie ognia zamiast przechowywania popiołów, mity opowiadamy wciąż na nowo, każdy tak jak chce, umie i potrzebuje. Odwołanie do „Zapisków spod wezgłowia” ucieszyło mnie i utwierdziło w przekonaniu, że nie tylko Japończycy cenią ulotność. Nie muszę być Japonką. Ja, żyjąca tu i teraz, mogę czuć tak, jak czuję. Współodczuwanie z całym światem jest możliwe – bez takiego doświadczenia ta książka by nie powstała. Bez doświadczenia albo bez myśli o nim. Pisarzowi wystarczy myśl, obserwacja, wyobraźnia. I język. I pismo. Z wizyty w zoo narrator wyniósł poczucie zwierzęcego smutku, gęstego, bo nieprzefiltrowanego przez język. Język uspokaja i poskramia, język tworzy. Narrator współodczuwa ze światem i wybiera swój środek wyrazu: słowo. Gdy się gubi, wymyśla sobie oponenta: „Poczułem, że moje wyobrażenie się rozkręca, więc potrzebowałem przeciwnika”. Toczy z nim spór sokratejski, przekonuje sam siebie, pozwala sobie na sprzeczności, a czas zatacza koło.

Nie da się opowiedzieć takiej książki, postmodernistycznej w formie i klasycznej lub uniwersalnej w treści. Rozmawialiśmy o niej na spotkaniu osób zainteresowanych współczesną krytykę literacką. To takie osoby, które mówią: „Polecam to muzeum, jest bardzo trudne”. To grono, gdzie można tak powiedzieć. „Fizyka smutku” jest w księgarniach, w bibliotekach są kolejki, choć to nie jest łatwa książka, lekka, na jeden wieczór. Autor otrzymał wiele nagród, w Europie jest uznany, a w oficjalnej krytyce literackiej w Polsce jest o nim cicho. Jedna dziewczyna mówi, że kupiła tę książkę żeby przekroczyć 100 zł i dostać kartę rabatową w Karakterze. Na kursach pisania mówi się, że dobrą książkę można opowiedzieć jednym zdaniem. Nie chcemy czytać takich książek. „Fizykę smutku” można nazwać książką o Minotaurze, tylko po co? Coś się zmienia, dzieje, tworzy. Może za kilka lat będziemy czytać zupełnie inne książki, może klasyczna powieść tyle razy wysyłana do lamusa wreszcie do niego trafi? Na pewno znajdziemy sposób, żeby opowiadać historie, bo to właśnie odróżnia, oddziela nas od Minotaura.

Georgi Gospodinow, Fizyka smutku, tłumaczenie Magdalena Pytlak, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2018.

W związku z tym wszystkim i z bezowocnymi próbami na cząstkach elementarnych przeszłości nasunęło mi się pewne podejrzenie, które postanowiłem poskromić, zamieniające je w niby-wymyśloną historię.

Pamiętam, jak raz byłem szczęśliwy, trwało to około sześciu minut, zdarzyło się to w ogrodach Kensington, w zachodnim Londynie, wcześnie rano. Nie potrafię odnaleźć przyczyny tego szczęścia, co jest prawdziwym dowodem jego autentyczności. W przeciwnym razie byłby to odruch warunkowy, jak u psa Pawłowa. POjawia się przyczyna i zaczyna się wytwarzać szczęście, jak soki żołądkowe. Szedłem aleją, oddychałem i czułej się jak w ciele dziecka.

Dziękuję wszystkim, którzy zapewnili mi samotność, nieodzowną dla każdej powieści.

Osamu Dazai, Zmierzch: nożem po szkle

Na tradycyjne społeczeństwo spadła bomba atomowa – i co było dalej? Nowoczesna, naszpikowana technologią Japonia jeszcze wtedy nikomu się nie śniła. Droga od zakończenia wojny do tego, co nazywamy przyszłością jest daleka, pokonywana najczęściej po omacku i po ciemku. „Zmierzch” minionej epoki to też mrok, w którym powstanie nowy porządek. Na razie go nie widać.

Akcja „Zmierzchu” mogłaby toczyć się w innym miejscu dotkniętym katastrofą, na przykład w scenerii postapokaliptycznej. Bohaterowie powieści nie mają nadziei ani przyszłości, a przeszłość jest balastem. Japonia spoza obrazka jest ciekawsza niż na pocztówkach. Kraj, który przeżył upadek i wypiera porażkę jest bardziej interesujący niż historia napisana przez zwycięzców. Społeczeństwo na oślep szukające wyjścia wygląda na miotające się bez celu. Dziś o tym się nie mówi, a w latach 40. XX wieku kilku autorów publikowało utwory o podobnym wyrazie. Czy przyniosły one Japończykom katharsis, albo chociaż ulgę? To literatura bolesna, opisująca rzeczywistość po klęsce, w beznadziei, w desperacji.

zmierzch-cover-tajfuny

Podobno najlepsze dzieła powstają z dotykania tego, co autora kłuje, boli i uwiera, bo wymagają poruszania tego, co zazwyczaj zostawia się w spokoju. Twórczość Osamu Danzai jest zaliczana do nurtu shishosetsu, czyli „powieści osobistej”. To coś więcej niż czerpanie z własnych doświadczeń. Kojarzy mi się z autokreacją i scalaniem życia, autobiografii i literatury. Za mało o tym wiem, żeby wypowiadać coś więcej niż luźne myśli. Bohater „Zmierzchu”, Naoji, odkładał samobójstwo do śmierci matki. Osamu Danzai popełnił (skuteczne) samobójstwo, gdy jego córka miała rok. Została uznaną pisarką, a sieroctwo i niepełna rodzina naznaczyło jej twórczość. Wcześniej podejmował kilka prób samobójczych, zawsze w parze. W literaturze motyw wspólnej śmierci kochanków cieszy się popularnością i wywołuje wzruszenie. Życie tak łatwo rozwiewa romantyczne złudzenia – pisarzowi w każdej próbie towarzyszyła inna kobieta.

W „Zmierzchu” arystokraci na gruzach dawnego imperium nie są już u siebie. Kazuko, młodą kobietę, cieszą buty, które dostała do robót publicznych. To dobre buty, z grubą podeszwą, może w nich uprawiać mały ogródek i dzięki temu mają co jeść. Te buty przemawiają bardziej niż zderzenie manier i wytwornego języka ze światem knajp, biedy, braku prądu i walki o przetrwanie. W powieściach detale mówią najwięcej.

Bohaterowie wspominają o cesarzu, był dla nich ważną osobą. Mówią, że on też został wyzwolony, albo wyśmiewają radę, żeby otworzył kiosk z warzywami. Okazując współczucie władcy dają je też pośrednio sobie nawzajem. Kazuko pisze listy z egzaltacją, choć postępuje dosadnie. Raziło mnie, gdy w powieści nazywa swoje pragnienie po imieniu, nie pasowało do tej postaci. Dla niej zapewne też było to dziwne: pisząc za dużo, bez powściągliwości, manifestuje, że już nie chce być arystokratką. Zachowuje się inaczej niż dotąd, łamie normy, więc brakuje jej wyczucia. Czytelnik to odbiera jak zgrzyt, jak skrobanie nożem po szkle.

Kazuko podąża za tym, czego chce, bez oglądania się na okoliczności. Buntuje się na własne potrzeby. Jej brat Naoji ucieka w brak hamulców, później w śmierć. „Zmierzch” nie proponuje rozwiązań ani recept, opisuje zachowania i mechanizmy. Cenię w książkach brak morałów i oczywistości.

„Zmierzch” wydawnictwa Tajfuny to, wśród innych walorów, piękny przedmiot. Dotknęłam go między 30 innymi japońskimi książka. Wyróżniał się gładką, przyjemną fakturą, aż chciało się głaskać okładkę, stonowaną, dyskretną. Gdybym wzięła go do ręki w księgarni, już bym go nie wypuściła z rąk. Widziałam ekspozycję w księgarni Wydawnictwa Literackiego i De Revolutionibus, przykuwa uwagę skromnością, jest taki inny. „Zmierzch” zupełnie nie pasuje do krzykliwych plakatów i księgarnianych stosików. Po otwarciu jest jeszcze ładniej – papier, marginesy, wewnętrzna strona okładki… W zwykłych książkach staram się na to nie patrzeć, bo smucą mnie niedoróbki. Nie oceniaj książki po okładce, ale wydawnictwo oceniaj, jak najbardziej. „Tajfuny” to samodzielne wydawnictwo i księgarnia, celujące w literaturę japońską. Liczę na ich sukces, dzięki temu będę mogła czytać jeszcze więcej tego, co lubię, nawet, jeśli to uwiera.

Osamu Dazai, Zmierzch, z japońskiego przełożył Mikołaj Melanowicz, ze wstępem Karoliny Bednarz, Wydawnictwo Tajfuny, Warszawa 2019.

Ostatnio odkryłam coś, co różni człowieka od zwierzęcia. To prawda, że człowiek posługuje się językiem, ma wiedzę i mądrość, umie myśleć, tworzyć porządek społeczny. Ale czy zwierzęta w różnym stopniu nie mają tego rodzaju cech?Kto wie, może mają też własną religię?Człowiek pyszni się, że jest panem wszystkich stworzeń, ale przecież w istocie nie różni się chyba od innych istnień. Choć nie, jednak różni się jedną rzeczą. Wiesz czym? Inne istoty absolutnie tego nie mają, tylko człowiek. Jest to posiadanie tajemnic.

Kiedy udawałem przedwcześnie dojrzałego, ludzie zaczęli plotkować, że jestem przedwcześnie dojrzały. Kiedy udawałem lenia, ludzie opowiadali, że jestem leniem. Kiedy udawałem, że nie umiem pisać powieści, rozgłaszali, że nie umiem pisać. Kiedy udawałem, że kłamię, ludzie mówili, że jestem kłamcą. Kiedy udawałem, że jestem bogaty, ludzie opowiadali, że jestem bogaczem. Kiedy udawałem obojętność, ludzie mówili, że jestem zimnym draniem. Ale kiedy naprawdę było mi ciężko i mimo woli wydawałem jęki bólu, ludzie opowiadali, że udaję cierpienie. Nic tu się nie zgadza.

Ten, kto z miną tryumfującej wyższości będzie potępiał moje samobójstwo i mówił, że powinienem był trwać do końca, a nigdy nie wyciągnął do mnie pomocnej ręki, jest zapewne wielkim geniuszem, takim, co to równie dobrze mógłby poradzić cesarzowi, aby otworzył kiosk warzywny.