Patrzę na pudło na kapelusze

Taka kobieta, jaką zawsze chciałam być, nosi kapelusze.

Niektóre obrazy dłużej trwają w pamięci niż na papierze. Miałam takie zdjęcie, na którym siedzę przed domem. Na nogach przykrytych niebieskim kocykiem baraszkują małe kotki, a ja uśmiecham się szczerbatymi ustami. Na głowie mam kapelusz ze stanowczo za dużym rondem.

Następny zobaczyłam w węgierskim sklepie z ubraniami. Kosztował 10 000 forintów. Nie wiem, ile to było pieniędzy w przeliczeniu na cokolwiek. Tyle wynosiło całe moje kieszonkowe na dwutygodniowy wyjazd. Byłam pewna, że nigdy go nie założę. Ten jasnozielony kolor, ta miękkość. Kupiłam go mimo tego. Założyłam go po około 10-12 latach i zdjęłam dopiero, gdy rozpadł się na wióry.

Sycylia

Noszenie kapelusza do munduru to był przywilej. Zuchmistrzyni musi mieć zawsze wolne ręce. Chyba nie umiałabym pełnić tej funkcji w berecie, ale prestiż też był dla mnie ważny. Na apelu chorągwi dostałam pozwolenie, by nosić kapelusz. Już kilka dni później jechałam autobusem specjalnie po niego do fabryki w Skoczowie. W sklepie nie umieli znaleźć rozmiaru ani koloru. Dlatego wpuścili mnie do magazynu kapeluszy. Nie sądziłam, że takie miejsca istnieją.

phm

Jakby ktoś pytał, to na głowie noszę rozmiar 58.

Pogrzeb babci wypadał w środku lata. Wróciłam na niego prosto z obozu harcerskiego. Nie miałam w szafie ani jednego czarnego ubrania. Szukając sukienki, kupiłam też kapelusz. Na pogrzeb poszłam uzbrojona w rękawiczki, okulary, mimo, że panował nieziemski upał. Nie było jak się schować nawet pod czarnym rondem.

Budwa

Od tamtej pory co lato tłumaczę, że muszę chronić moją wrażliwą cerę przed słońcem i zakładam na głowę to, co lubię. Jest taki sklep na Długiej, który szczególnie staram się omijać. Kusi.

kapelusz Kamila

Czy kapelusze mają dusze? Kapelusze to tylko środek wyrazu. Pudło na kapelusze również. To zachcianka, to fanaberia, to kaprys.

Pierwsze pudło na kapelusze zrobił dla mnie Piotrek. Szybko okazało się za małe, ale wtedy było dobre. Idealne wręcz, zaprojektowane na mój podstawowy kapelusz, czyli skautowy. Do tej pory trzymam w nim pod łóżkiem torebkę – wiewiórkę.

Marzyłam jednak o innym, większym, takim „bardziej” i jakby prawdziwszym. Wykonanym z myślą nie o mnie, ale o zwykłej, stereotypowej elegantce. Wiedząc, jaki to absurd, jaka to bzdura i głupota. Znam metraż mojego mieszkania i znam zamiłowanie mojego męża do minimalizmu. Słyszę pytanie „po co Ci to?” dotyczące najróżniejszych przedmiotów, nie tylko zbytkownych. A jednak, gdy rok latem rok temu kupiłam kolejny kapelusz, z rondem, jak zwykle, za dużym, usłyszałam jedynie komplementy.

Prezent może być niepotrzebny. Czasami myślę, że powinien wręcz szczycić się swoją nieużytecznością. Może to być także coś, czego ktoś samo sobie nigdy nie kupi, bo nie pomyśli, bo nie pozwoli sobie na taką rozrzutność. Gdy kupujemy coś dla siebie, wychodzą z nas niezadowoleni pragmatycy. Prezenty to trudny temat. Żeby nie urazić, nie przesadzić. Żeby trafić. Mam plik „prezenty”, gdzie cały rok spisuję pomysły, z których w efekcie i tak zazwyczaj rezygnuję. Sama też padam ofiarą pytać „co byś chciała dostać?”. Kiedyś zaczęłam mówić, że pudło na kapelusze. Dziś już tak nie mówię.

Wybrać dobry prezent to wysłuchać marzeń, których nie wypowiada się głośno. Czy o marzeniach trzeba mówić? Widocznie tak, bo wtedy na pewno ktoś pomoże w ich spełnieniu.Dawanie prezentów to sztuka, ale przyjmowanie prezentów to umiejętność.

Patrzę na moje pudło na kapelusze i wiem, że jestem szczęśliwa.

pudło na kapelusze

Irving Stone, „Udręka i ekstaza”: rozmowa o Michale Aniele

Jeśli największą klęską dla artysty jest zostanie uznanym za kanon, Michał Anioł poniósł klęskę definitywną jeszcze za życia, a przypieczętowały ją prawie wszystkie późniejsze epoki. Myślałam, że w tej książce Irving Stone powiela stereotypy o Michale Aniele. Później zrozumiałam, że to on je zapewne stworzył, w tym właśnie dziele.

Udręka i ekstaza

Irving Stone zasługuje na taką powieść biograficzną, jakie sam tworzył. Zadebiutował głośną książką „Pasja życia” i już nigdy nie zszedł z Parnasu. Napisał o van Goghu mając 31 lat! Zaledwie, aż chce się dodać. Wcale mnie to nie dziwi, okolice 30. to dobry wiek na van Gogha. Jednak to, że utrzymał swoją pozycję do końca życia, zasługuje na uznanie. Ponad wszystkie przymioty cenię pracowitość i rzetelność. Takich pisarzy lubię. Takich, którzy nie oszukują, tylko szukają.

„Udręka i ekstaza” peszy swoim zasięgiem, swoją skalą. Poza pretensjonalnym tytułem, niewiele jest tu chwytów odwołujących się do tanich emocji. Jest kilka zrozumiałych uproszczeń, ale nie rzutują one na odbiór tej książki. Skoro mnie nie zniechęciły, to nawet zagorzali ortodoksi będą zadowoleni.

To powieść według klasycznego już schematu, który roku 1961 zapewne nie był jeszcze aż tak oklepany. Na początku jest człowiek, który ma pragnienie. Tym człowiekiem jest Michał Anioł, a pragnieniem jest rzeźbienie w marmurze. To, że człowiek ten żyje w XV wieku i że ma 13 lat, nie ma większego znaczenia. To tak, jakby urodził się genialny, jakby niczego poza iskra bożą nie potrzebował. Kojarzy mi się to z rzeźbą wykonaną w roku 1861 przez Emilo Zocchi’ego, florenckiego rzeźbiarza. Młody chłopiec wykuwa na niej twarz w marmurze. Z jakąkolwiek prawdą historyczną nie ma nic wspólnego, ale za to ma w sobie pewien romantyzm. Młody adept sztuki musiał przede wszystkim nauczyć się rysować. Rzeźbienie wymaga nie tylko siły dorosłego człowieka, ale też ogromnej wprawy, uwarunkowanej prozaicznie. Marmur zawsze był drogi. Nie da się być rzeźbiarzem bez mecenasa. Dlatego pomysł, że 13-latek marzy o czymś, czego nigdy nie widział i o czym nie bardzo miał kto mu opowiedzieć, wydaje mi się ryzykowny. Już po kilku stronach pisarz przekonał mnie do swojej wersji wydarzeń.

Emilo Zocchi

Każda anegdota, którą znałam, jest tu opisana. Na „Sądzie Ostatecznym” papieski mistrz ceremonii, Biagio da Cesena, został sportretowany z oślimi uszami. Nieopodal święty Bartłomiej niesie swoją skórę, której twarz to kryptoportet Michała Anioła. Wawrzyniec Medyceusz na własnym grobowcu jest do siebie niepodobny, co artysta tłumaczył tym, że za 500 lat nikogo nie będzie obchodziło, jak wyglądał (a ponoć przy wszystkich swoich przymiotach, był zwyczajnie brzydki). Cytat, że „każde dzieło jest autoportretem”, także pada w tej książce. Znalazło się też miejsce na opowieść, że aby ukazać lwa tkwiącego w kamieniu, musisz usunąć to, co nie jest lewem. Teraz nie wiem, czy te anegdoty wzięły się z tej książki, czy raczej książka wzięła się z nich.

Tylko dwóch historyjek nie znalazłam. Podobno Michał Anioł skomentował wykończenie kopuły katedry we Florencji jako „budki dla ptaków” i po tej odzywce zaprzestano prac nad tą partią. Fryz rzeczywiście urywa się w połowie. Nie było też tej opowieści o pyle sypiącym się z nosa Dawida (opisałam to tu).

Każde nazwisko, nawet ledwie wymienione, jest ważne i jest sprawdzone. Papieże i notable, postaci historyczne znane z portretów i dokumentów są tu obecni. Nie zbrakło też zwykłych rzemieślników. Marginalni bohaterowie tej książki to na przykład Giorgio Vasari, Daniele da Volterra, Sebastiano del Piombo. Nie ma ani słowa o biografii Michała Anioła wydanej za jego życia, tym niezwykłym hołdzie, peanie. Ta książka, która napisał Giorgio Vasari, miała ogromny wpływ na dzieje sztuki i na historię sztuki jako naukę. W powieści na sztukę nie zostało wiele miejsca. Na przykład znalezienie Grupy Laokona jest tylko wspomniane. Tymczasem historycy sztuki tak bardzo lubią podkreślać wpływ tej rzeźby na twórczość Michała Anioła. Myślę, że autor wybrał salomonowe wyjście. Także decyzja o nieumieszczaniu ilustracji wydaje mi się słuszna. Kto chce szukać znajdzie, kto chce słuchać o przygodach też będzie w miarę zadowolony. Tempo książki jest wprawdzie nierówne, końcówka znacznie przyspiesza. Myślę, że to dlatego, że nikt nie chce opisywać starości, bo też nikt nie chce o starości czytać. Za to opisy pogody i opisy wyglądu zajmują nieproporcjonalnie dużo miejsca. Mnie nie obchodzi, czy wiał wtedy wiatr.

W ramach doskonalenia warsztatu, Michał Anioł wykonywał sekcje zwłok, to pewne. Jak? Gdzie? Kto mu na to pozwolił i kto go z tego rozgrzeszył? Podobno zachowały się listy, gdzie jakiś „dostawca” opisuje mu szczególne ciało, które dla niego zdobył. W powieści wyglada to inaczej. W powieści zawsze wszystko wyglada inaczej. Ciekawą kwestią jest również duchowość Michała Anioła. Pisarz rozpoznał w nim syna swojej epoki. Żadnego buntu na siłę ani dodatków z XX wieku. Podobała mi się czułość w tym podejściu do bohatera.

Z komentarzami na temat samotności artysty zgodzić się nie mogę. Michał Anioł jest opisany jako nietowarzyski i pozabawiony pewnej ogłady. W powieści zazdrości Leonardowi da Vinci i Rafaelowi nie sukcesów, ale pozycji towarzyskiej. Tymczasem z opisanych w książce wydarzeń wynika, że zawsze, mimo niesnasek, wstawiał się za swoją rodziną. Było to dla niego oparcie i pewna wartość. Gdziekolwiek się udał, czekał na niego dwór, na którym mógł gościć, pełen wsparcia bankier czy inni notable. Czy wszyscy oni cenili go wyłącznie za jego dzieła? NIkt nie lubił Michała Anioła? Watpię.

„Udręka i ekstaza” była czystą przyjemnością. Niepotrzebnie opierałam się jej urokowi z powodów, których nawet nie warto wymieniać. Michał Anioł każdemu z czymś się kojarzy. Odkąd usłyszałam  w oryginale „Pieśń miłosną J. Alfreda Prufrocka” napisaną przez T.S. Eliota (skądinąd cudowny wiersz, tu w innym tłumaczeniu, sama nie wiem, które wolę), „rozmowa o Michale Aniele” była dla mnie najgorszą wersją small talk. Zanim poszłam na studia, pewien znajomy, wtedy dumny student historii sztuki, powiedział, że kobieta po historii sztuki to idealna żona dla dyplomaty, bo umie rozmawiać o sztuce. Minęło tyle lat, czasy się zmieniły tylokrotnie, a ja niestety nadal pamiętam, jak bardzo mnie te słowa ubodły. Rozmowa o Michale Aniele nie musi być prowadzona za pomocą gładkich zdań.

Po tej książce mam już na oku następną wspaniałą lekturę. To stricte naukowe, oprawione w tkaninę tomiszcze traktujące o malarzu Andrea del Sarto. Z obrazkami!

Irving Stone, Udręka i ekstaza, tłumaczenie Aldona Szpakowska, 1965.

Edmund de Waal, „Biały szlak”: niektórzy lubią porcelanę

Nikomu nie pozwalam pić z mojego ulubionego kubka. Jeśli ten ktoś go rozbije, to będzie mu za bardzo przykro. Chociaż dla mnie ten kubek wcale nie jest aż taki ważny.

Nie umieszczę tu zdjęcia tego kubka, żeby nikt nie wiedział, który mam na myśli. Tylko ja znam na wyrywki historię każdego z naczyń w moim domu i w moim życiu. Pewnie tylko mnie na historia interesuje. Dla mnie te drobinki są jak kwarc w glinie, który sprawia, że po wypaleniu glina zmienia się w porcelanę. Bez okruchów pamięci opowieść to tylko błoto.

Ten kubek kupiłam w fabryce porcelany w Chodzieży, gdzie pojechaliśmy na wycieczkę z kolonii. Pewnie tylko ja jedna słuchałam tych wszystkich fascynujących szczegółów technicznych. Za to w sali, gdzie leżały nieudane naczynia wypalone na biskwit, inne dzieciaki tłukły je śmiało i z radością. Dla mnie to jest i nadal była magia: bierzesz ziemię, wypalasz i otrzymujesz zupełnie inną materię. Transmutacja. Przemiana. Czary.

Historia europejskiej porcelany zaczyna się od pomocnika aptekarza, który chciał odnaleźć kamień filozoficzny. Jego eksperymenty ściągnęły na niego uwagę niemieckiego księcia. Gdy nie mógł sprostać jego oczekiwaniom i wymaganiom, uciekł. Pojmany, spędził całe życia na dworze, a później w lochach, Augusta II Mocnego. Za pośrednictwem pożółkłej książeczki dla dzieci, znalezionej na strychu w czasie leniwych wakacji, poznałam go jako niepokornego wynalazcę, więźnia własnego talentu. Kim był Johann Friedrich Böttger, pewnie nie wiedział nawet on sam. Dziś za odkrywcę porcelany miśnieńskiej uznaje się raczej Ehrenfrieda Walthera von Tschirnhaus’a. Ten matematyk, naukowiec, z pewnością umiał obliczyć, co i jak należy zmieszać, by uzyskać „białe złoto”. Nie wiemy, co się działo w drezdeńskich laboratoriach. Chcę myśleć, że na osiągnięcie składa się wiedza, ale i talent, odwaga, poszukiwanie, wyobraźnia. No i szczęście.

W czasach przed blogiem pracowałam w galerii. Można tam było kupić dzieła sztuki, ale też rzemiosło artystyczne i różne dziwne rzeczy. Dziś to miejsce funkcjonuje jako drogi sklep z pamiątkami z Krakowa. Wtedy, gdy właścicielka opowiadała mi o przedmiotach i przede wszystkim o artystach, zachwyciły mnie kubki. Leciutkie (porcelanowe!), o kształtach, jakie dziś nazwalibyśmy „ergonomicznymi”, zdawały się żyć w ręku, dopasowywać do dłoni. Usłyszałam, że nikt nie chce tego kupować, są nieproporcjonalnie drogie i dziwaczne. Sprzedałam każdy z tych kubków, każdy innej osobie. Gdy odchodziłam, właścicielka powiedziała, że więcej ich nie chce w swoim sklepie, bo niełatwo się na nich poznać.

Przed ślubem usłyszałam opowieść o pewnej wspólnocie. Zawsze, gdy ktoś z ich grona zawiera małżeństwo, dostaje w prezencie dwie drogie filiżanki wraz z liścikiem. Para ma dzięki temu pamietać o tym, by rozmawiać ze sobą, pijąc herbatę. Mają doceniać ten wspólny czas, tylko dla nich dwojga. Szczęście jest cenne, ale jest i kruche. Spodobał mi się ten pomysł. Jednym z prezentów ślubnych, który szczególnie mnie ucieszył (pytanie, czy „nas” też), były dwie filiżanki, bardzo nowoczesne w formie. Według mnie są skończenie piękne, ale według Piotra nie pasują do zmywarki.

W zmywarce nie wolno umieszczań naczyń złoconych, bo cząsteczki metalu osadzają się wewnątrz urządzenia i w konsekwencji je niszczą. Porcelana jest złocona prawdziwym złotem. Dlaczego nie ma srebrzonej porcelany? Jest, ale srebrzenie wykonuje się platyną. Srebro ma niższą temperaturę topnienia niż porcelana.

Pisałam o tym, na pewno, przy okazji wizyty w Ćmielowie, a może wcześniej w Miśni. Ta technologia wydaje mi się taka ciekawa! Czy kogoś oprócz mnie to fascynuje, lub choćby interesuje?

Jest taki człowiek. Nazywa się Edmund de Waal i usłyszałam o nim w Muzeum Manggha. Rzuciłam się na jego pierwszą książkę (o japońskich drobiazgach), rzuciłam się i na drugą. Ale poza poczuciem porozumienie i pewnym usprawiedliwieniem dla własnych pasji nie znalazłam w niej tego, co sprawiłoby, że poleciłabym ją komukolwiek nie będącemu mną.

Biały Szlak
Poprzednia książka była lepsza. Niestety. Pewnie żaden pisarz nie uniknie takich ocen, ale Edmund de Waal jest nie tylko pisarzem. Jest także kolekcjonerem, zbieraczem, historykiem sztuki oraz artystą ceramikiem. Zapewne w każdej ze swoich aktywności jest ceniony. Czy przemienia wszystko, czego się dotknie, w złoto? W złoto – nie, ale być może – w porcelanę.
„Biały szlak” to nie jest opowieść o porcelanie. To książka, zza której autor wyziera wyraźnie, przebija. To wszystko jest trochę za bardzo o nim, ale ja też opowiadam o porcelanie przez pryzmat mojego dotyku. Dotyk jest nie do podrobienia.

Doceniam wysiłek, pielgrzymki wręcz, wyprawy do źródeł, podróże. Doceniam całą obfitą faktografię i okiełznanie tematu. Dowiedziałam się kilku nowych rzeczy – tylko niekoniecznie o porcelanie. Kwakrzy byli grupą mi nieznaną, słowa kwakier nie słyszałam nigdy. Nie wiedziałam, co to za zgromadzenie, bo to nie jest zgromadzenie. To sposób na przeżywanie duchowości, gdzie podkreśla się rolę prywatnego objawienia, bezpośredni kontakt z Bogiem oraz pacyfizm. Dziwne, że się z tym dotąd nie spotkałam. Zabrakło mi tez komentarza do „niewolniczej twórczości” więźniów obozu w Dachau. Nadal powinniśmy to głośno potępiać, nawet w takiej książce niby naukowej, niby literackiej. Szczerej.

Bardzo zmartwiło mnie zakończenie książki, gdzie oczekiwałam szerokiego spisu inspiracji i kierunków dalszych badań. Jeśli ktoś w książce pisze, że wykaz źródeł i bibliografia znajduje się na jego stronie internetowej i tylko tam… to jest to żałosne, to jest nietrwałe, to jest odcinanie kuponów. To ma nawet nazwę po polsku: żebrolajki. Jest w tym element autopromocji, który być może jest dzisiaj niezbędny pisarzowi, ale badacz mógłby się bez tego obyć. Oczywiście i tak tam zajrzę, bo każdy rozdział tej książki zachęca do poszukiwań, podróży i dotykania każdego napotkanego naczynia. Są rzeczy, których nie znajdzie się w internecie i jedną z nich jest chrzęst skorup pod butami.

Dorzuciłabym do tej wiedzy trochę od siebie. Te wszystkie polskie (miśnieńskie) kalwarie z porcelany i dziesiątki statui polskich szlachciców wykonywane na potrzebny polskich szlachciców, chociażby. Zbiory wawelskie to największe na świecie zbiory porcelany miśnieńskiej, wszak Drezno zostało zbombardowane, a Kraków nie. Albo Ćmielów, w którym wynaleziono przed II Wojną Światową porcelanę różową, ewenement. Twórca, chemik zginął w obozie koncentracyjnym i receptura przepadła. Nawet nie można napisać, że „zabrał ją ze sobą do grobu”. W Ćmielowie odtworzono jego pomysł na podstawie notatek. Czy to zadanie dla chemika, historyka, grafologa, czy artysty?

Lubię polską porcelanę z PRLu. Przecież wystarczy obejrzeć ten film, by się zakochać. Nieważne, że z tych małych dzieł sztuki absolutnie nie da się pić na co dzień.

Dopisałabym do tej książki jeszcze kilka rozdziałów. To jest zapewne to miejsce, gdzie należy zacząć pisać własny poemat, niepodobny do żadnego ze słynnych żródeł (tutaj „Piosenka o porcelanie” Czesława Miłosza). Jak głosi napis na lotnisku w Kopenhadze: „Don’t play the book: write it!”. Tylko że ja nie napiszę czegoś tak autentycznego, skoligaconego z rzeczywistością, jak Edmund de Waal. Dla mnie opowieść jest ważniejsza niż prawda.

Edmund de Waal, Biały szlak. Podróż przez świat porcelany, przeł. Marianna Cielecka, Czarne, Wołowiec 2017.

Hanya Yanagihara, Małe życie: to nie jest książka o przyjaźni

Gdyby to była, zgodnie z zapowiedziami, powieść o przyjaźni, minęłaby bez echa, bo przyjaźń nie jest czymś, co dotyczy każdego. O „Małym życiu” mówili wszyscy, wszędzie. Ta książka pojawiała się w różnych kontekstach. Na przykład na stronie dwutygodnik.com opublikowano tekst o tym, że dziś nikt nie krytykuje książek. Mało kto czyta analitycznie, punktując to, co w danym dziele jest słabsze, do poprawienia. Zatrzymujemy się na poziomie „polecam/nie polecam”, nasza ocena nie wykracza poza ten dualizm. „Małe życie” nie pozwala się tu zatrzymać.

99906290140

Reklamowano i opisywano drugą powieść hawajskiej autorki Hanya Yanagihara jako szeroko zakrojoną opowieść o czwórce przyjaciół. Los ich zetknął we wspólnym pokoju, przyjaźń przetrwała wiele. Każdy z nich jest wybitny. Jest artysta malarz JB, architekt Malcolm, aktor Willem i prawnik Jude. To Jude jest głównym bohaterem powieści, a nie przyjaźń. Jude ma tajemnice, ale przede wszystkim ma przeszłość tak traumatyczną, że gdyby nie była nam podawana po malutkim kawałeczku z przerwami, co 200 stron, nikt by tej książki nie przeczytał, nikt. Opisane jest więcej, niż można wyobrazić sobie w najstraszniejszych koszmarach. Przekartkowywałam te strony, dlatego nie wiem, co dokładnie zrobił mu brat Luke, doktor Traylor czy Caleb. To, co Jude sobie wyobraża, przypomina, co go dopada jest dla mnie i tak za mocne. Autorka nie epatuje okropnościami, sygnalizuje je, w jakiś sposób przygotowuje czytelnika na tę wiedzę. Sięgając po książkę nie wiedziałam, co mnie czeka. To dobrze, bo odrzucając ją ze względu na możliwe złe emocje nie przeżyłabym tych dobrych. Jak Jude, który nie pozwala nikomu na bliskość, bojąc się (słusznie!) kolejnego zranienia.

Licząca 900 stron cegła rozpoczyna się powoli. Mamy wskazanych czterech chłopaków, którzy są opisani tak mętnie, że trudno ich rozróżnić. Autorka unika opisywania ich wyglądu, ale także rasy czy orientacji seksualnej. JB chyba jest czarny (bo bierze udział w jakimś spotkaniu czarnoskórych studentów), Malcolm chyba jest kolorowy, ale nie całkiem czarny (bo nie chcą go na tym spotkaniu), Willem ma rodziców Szwedów, ale i tak zdziwiłam się na wzmiankę o jego blond włosach, Jude ma zielone oczy i słońce rozjaśnia jego czuprynę, więc chyba też jest biały, ale nic tu nie jest pewne i nic tu nie jest ważne. Dzięki temu łatwiej nam utożsamić się z jakimś fragmentem emocji danego bohatera. Nieważne, ile on ma lat, z kim sypia, jak wygląda – ważne, co przeżywa. My przeżywamy to samo.

Pierwsze 400 stron rzeczywiście opowiada o relacjach między chłopakami. W tym miejscu, czyli jeszcze przed połową książki, zaczęłam wypisywać, komu bym ją poleciła, zaproponowała, i dlaczego. To było niczym litania do wszystkich świętych, nie tylko do przyjaciół, ale do różnych ludzi bliskich mi na jakichś etapach życia. Później jednak czy wydźwięk książki się zmienia, a moja pewność że „powinieneś to przeczytać” ulatnia się. Nie wiem, dla kogo jest ta książka. Być może, jest ona dla każdego.

Świat przedstawiony pozuje na realny, ale takim nie jest. Są wymienione nazwy ulic, nowojorskie dzielnice, miejsca na świecie. Nie ma za to na przykład religii czy polityki. Jest jedna wzmianka, że prawnik z demencją myśli o prawie podatkowym sprzed 20 lat i druga, że rodzicom nie spodobała się narzeczona syna, bo nie była Żydówką. Dwa zdania na tyle stron, to ciekawe. Napisać taką książkę i wyprać ją ze wszelkich szufladek, to doskonałe.

Czyli nie wiemy, kiedy to się właściwie dzieje, rozgrywa. Raz Jude wysyła wiadomość, czyli były wtedy już telefony komórkowe. Kupuje papierową nadal prasę, która jest już wtedy w zaniku. To jest troszkę tak, jakby powieść zaczęła się w roku, załóżmy, 2000, ale skończyła się w 2030-40. Myślę, że stworzyć pozory, że czasu nie ma, to bardzo ciekawy i karkołomny pomysł. Można powieści zarzucić ten brak zakorzenienia, ale według mnie dzięki temu zyskuje na uniwersalizmie.

Wszystkie te szczegóły z jednej strony nadają pozór realności, bo Doha, Bhutan czy Kolombo rzeczywiście istnieją. Zarazem są sprowadzone do roli dekoracji, rzucone bezrefleksyjnie, wymienione i tyle. Opisy jedzenia są za to kuszące. Podobnie, jako nieistotny element, wzmiankowane są pieniądze. Każdy z przyjaciół osiągnął ogromny sukces finansowy. Żaden nie ma dzieci. Trochę to brzmi tak, jakby ucięto wszystkie rozproszenia akcji, jakie mogłyby być spowodowane wprowadzeniem tu dodatkowych elementów. Oczywiście, powieść jest opasła i bez tego. Tylko że chwilami czuć tu jakieś… spłaszczenie, uproszczenie. Bez tego jednak nie można się obyć, pisząc o tylu sprawach.

Jak zwykle, najbardziej poruszył mnie bohater spoza głównej czwórki. Andy, który widział blizny Jude’a , a nigdy nie zapytał o ich przyczynę. Andy, który kieruje go na terapię, ale sam się wtedy wycofuje, nie naciska. Andy, który zawsze jest pod telefonem, zawsze sam zadzwoni o tej 1 w nocy, przyjedzie do Jude’a do biura gdy ten go unika. Andy, zawsze w tle, zawsze na posterunku. Andy który wrzeszczy, Andy który zmusza, Andy który przygotowuje, zachęca, pomaga, wspiera. Andy, który nie ocenia. Andy, dla którego nigdy nie jest za późno. Który najpierw opatrzy ranę, uśmierzy ból, a dopiero później zrobi dziką awanturę. Być może nie istnieje nikt taki, jak JB, Malcolm, Willem czy Jude, ale z całą pewnością nie istnieje nikt taki, jak Andy.

Poszarpana narracja paradoksalnie pomaga odnaleźć się w gąszczu tego, co się w powieści dzieje i co się zmienia w czytelniku. Czasem czas opowiadania z przeszłego zmienia się w teraźniejszy. Za pierwszym razem myślałam, że to Jude sobie coś wyobraża, coś, co nigdy nie nastąpi. To nie tak. Gdy bohater przeżywa więcej emocji, narrator przyspiesza, wskakuje w czas teraźniejszy. Dużo jest sygnałów typu „pomyślał o tym, zanim to było potrzebne. Później, gdy już nie mógł się bez tego obejść, docenił jego wcześniejszy wysiłek”. Retrospekcje, opowieści, tego też jest sporo. Narracja, według mnie, jest ważnym, ciekawym elementem tej powieści, na który wobec konfrontacji z emocjami mało kto zwraca uwagę.

Emocje są tak skrajne, że bohaterowie, gdy poznają historię Jude’a, najczęściej reagują wymiotami. Jednak nie klasyfikowałabym tej książki jako „trudnej”. Myślę, że jest ważna oraz – to okropne, wiem – pomocna. To literatura, która mogłaby mieć moc uzdrawiającą, w tym sensie, że pokazuje jak radzić sobie z traumą oraz z osobą, która traumę przeżyła. Obawiam się, że efekt będzie dokładnie odwrotny. Że przez takie książki, jak „Małe życie”, tematy zarezerwowane dla thrillerów i horrorów wejdą do literatury głównego nurtu, a nie każdy autor będzie wystarczająco zdolny i chętny, by opisać je tak subtelnie, jak Hanya Yanagihara.

Hanya Yanagihara, Małe życie, tłumaczyła Joanna Kozak, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2016.

Myślę o Sandorze Marai’u (i będę odmieniać nazwiska)

„Gdybym był bogaty, stworzyłbym nową porę roku”. Sandor Marai wydaje mi się poetą uwięzionym w umyśle pisarza – rzemieślnika, który każdego dnia notuje, szlifuje, zastanawia się i skreśla.

Coraz częściej zastanawiam się, czy miejsce urodzenia ma znaczenie dla artysty, pisarza, twórcy, kogokolwiek. Pewnie tak, jeśli ktoś, jak Hendrick Avercamp, nie rusza się z domu. Pewnie tak, jeśli rozmawiamy o nomadzie poszukującym swojego miejsca. Pewnie tak, gdy mowa o języku, w którym się myśli, gdy to ten język jest narzędziem pracy.

Koszyce w roku 1900 były częścią cesarskich Austro-Węgier. Gdy Sandor Marai zastrzelił się w San Diego w roku 1989, Koszyce należały do Czechosłowacji. Pisarz – dziennikarz – literat pisał przez jakiś czas po niemiecku. Wreszcie wybrał emigrację do Stanów. Wreszcie porzucił myśl o powrocie na Węgry. Wreszcie wrócił do pisania w języku swoim, który jednocześnie był językiem ojczystym.

Ci, którzy polecają jego twórczość, często wspominają o jego dzienniku. Lata 1843-89, opisane impresyjnie. Po polsku ukazał się w 5-6 tomach. Sandor Marai zapewne sam nie przeczytał własnego dziennika, nie czarujmy się. Imponujące wydaje się to poniewczasie. Pisać codziennie, codziennie, codziennie. Jak Konrad Kruczkowski z bloga haloziemia, jak starożytny malarz Apelles, któremu Piliniusz Starszy przypisał słynne „ani jeden dzień bez kreski”. Jakie to trudne dzisiaj, zwłaszcza dzisiaj, gdy jesteśmy (a może tylko ja jestem?) przebodźcowani, gdy tyle się dzieje, gdy trzeba reagować, gdy liczy się wszystko, tylko nie własne myśli, te najcichsze.

W roku 1944 „przydarzyła mu się jakaś miłość”. Mimo tego dziennika, tych notatek, twórczości przebadanej we wszystkich kierunkach, szczegóły są nie od odnalezienia. Dlatego nazwa „dziennik” budzi mój sprzeciw. Może mylę definicje, może ktoś mnie poprawi, ale wydaje mi się, że on nie notował dla siebie. Te notatki mogły być cenzurowane, redagowane. Zawsze, gdy mam takie źródło wiedzy o artyście, sięgam do niego na samym końcu, gdy już zweryfikuję wszystkie inne informacje. Artyści tworzą własną narrację, nawet o samych sobie.

O Sandorze Marai’u usłyszałam od pana Józefa Barana. Ten poeta powiedział o swoim zaskoczeniu. „Nie sądziłem, że w tym wieku zdarzy mi się jeszcze takie odkrycie”. Byłam ciekawa, jestem poruszona. Czytałam krótkie teksty, notatki, zapiski, esejki. Potem 50 innych książek i następny tom, i kolejne 50 i znów. Na załączonym zdjęciu czytam właśnie te fragmenty, które wydają mi się cenniejsze i trafniejsze niż jego wielka, niewątpliwie wielka, literatura.

22424498_10208019481765084_2636881530039936662_o

Urodzony w roku 1900 był z pewnością mężczyzną na wskroś nowoczesnym, jednak gdy dziś czytam jego słowa, słyszę echa mojego Taty i dziadka. Może dlatego słucham z uwagą, bo wiem, że już nigdy nikt tak do mnie mówił nie będzie.

Marai1 Marai2

Można w tym miejscu prychnąć i rzucić komentarz typu „Paulo Coelho kilkadziesiąt lat wcześniej”. Według mnie to, co pisarz ma najważniejszego, najcenniejszego do zaoferowania szerokiej publiczności, a w konsekwencji i ludziom, to umiejętność zauważania i nazywania. Swoich uczuć, ogólnych zjawisk, zachowań innych. Tego, co ważne. Tutaj widzę tę precyzję stalówki.

Różni nas wszystko, nie umiem wskazać ani jednego podobieństwa. Nasza wrażliwość musiała być jednak podobna (czy wrażliwość w ogóle może być „jakaś”?). Sandor Marai napisał opowieść „Trzydzieści srebrników”, nad którą pracował kilkadziesiąt lat. Widzę w niej te same elementy, które sprawiają, że co roku piszę nowe opowiadanie wielkanocne. Zanim napiszę opowiadanie na Wielkanoc 2018, przeczytam tę lekturę lub – zupełnie inaczej – sięgnę po tę inspirację.

Pisarz zginął śmiercią samobójczą. Można mnożyć okoliczności łagodzące: podeszły wiek, śmierć żony, śmierć syna, emigracja i pewien brak zakorzeniania. Zmyślam i mogę tak zmyślać przez kolejne trzy akapity. Zauważyłam w tomie „Cztery pory roku” tekst o morfinie sąsiadujący niewinnie z innymi. Nie wiem, czy przykuł moją uwagę bo znałam zakończenie tego wątku, czy brzmiał mocniej od innych.

Marai3

Klarowność słowa, wyrazy które znaczą to, co znaczą, wymuskane zdania i głębokie piękno w tym wszystkim są dla mnie pewnym ukojeniem. Nie muszę przeglądać tych wszystkich postów. Postów, bo artykuły na poważnych portalach też coraz częściej zasługują co najwyżej na nazwę „post”. Ulubieni blogerzy zamilkli, piszą krótkie notki, albo są zajęci tworzeniem książek. Mniej treści i znaczeń, a coraz więcej szumu. Sandor Marai w takim świecie jest mi potrzebny prawie tak, jak poezja.