Oszczędzajcie filipinki!

Kiedyś myślałam, że to hasło oznacza – uważajcie na młode dziewczęta, traktujcie je lepiej, ostrożniej. Tymczasem „filipinka” w Powstaniu Warszawskim oznaczała granat ręczny. Lekki, w sam raz dla dziewcząt. Nazwa filipinka pochodziła od pseudonimu żołnierza, który go skonstruował. Filipinka, gazeta, ukazywała się od 1957 roku.

Czytając pierwszy raz w życiu o Powstaniu Warszawskim nie mogłam tego wiedzieć. Miałam 15 lat, a książka „Pełnić służbę” była akurat dostępna w wojewódzkiej bibliotece. Zadanie na kolejny stopień harcerski. Zgroza, niedowierzanie, lawina pytań, na które moja drużynowa nie znałaby odpowiedzi. Są pytania, których nie ma komu zadać.

Dziś nie da się opisać towarzyszących mi wtedy emocji. Dziś śpiewamy powstańcze piosenki. Dziś, pewnie po raz ostatni czy przedostatni, oddajemy hołd powstańcom. Dziś pamiętamy o ofiarach. Rozliczanie dowódców zostawmy na jutro.

Jutro… Plan Polski Podziemnej obejmował dziś – jutro – pojutrze. Dziś przygotowanie do walki, jutro walka, pojutrze budowanie wolnego kraju.

Dziś jest pojutrze. Warto przypominać wszystkim, którzy chcą rzucać granaty.

granat-filipinka,468,maly

Natsume Soseki, Światło i mrok: o co chodzi w małżeństwie

My, ludzie Zachodu, szukamy podobieństw. Szukamy tego, co znamy nawet w tym, co dalekie.

Tokio jest już po epoce przełomu, ale nowość jest wciąż jeszcze świeża. W takim mieście mieszka młode, ale już okrzepłe w swoich rolach małżeństwo. Onobu i Yoshio Tsuda (Tsudowie? :-) utrzymują się z pracy męża oraz sumy przysyłanej co miesiąc przez jego ojca. Wszyscy wokół uważają, że ich życie jest rozrzutne. Szczególnie szwagierkę mierzi wykwintny pierścionek na palcu Onobu. Może to tylko zazdrość, ładnej szwagierce jej bogaty mąż nic takiego nie podarował. Mąż musi iść do szpitala na jakiś dość prosty zabieg, wymagający jednakże kilkudniowej hospitalizacji. Ojciec listownie poinformował, że tym razem pieniędzy nie przyśle. Nad parą zawisły problemy, być może pierwsze, jakim muszą stawić czoła we wspólnym życiu. Zamotani w relacje z szefem, wujkiem, kolegą, usiłują sobie radzić. Do tego dochodzi myśl, że być może nie są ze sobą tak blisko, jak myśleli do przed chwilą.

Screenshot_2017-07-30-19-52-27

Japończyków zawsze spowija cała pajęczyna więzi. Mają zobowiązania powzięte i wyimaginowane. Niektóre wynikają z przyzwoitości, z tego, jak rozumieją ową przyzwoitość, inne z oczywistego ładu społecznego. Czytając „Światło i mrok” trzeba pamiętać o realiach czasu i miejsca. Bez tego nie sposób bohaterów zrozumieć. Każdy musi zachowywać się inaczej wobec siostry, inaczej wobec żony. Nie do końca jest to oczywiste, zmieniają się gesty, słowa, nawet samopoczucie. W każdej ze scen postaci ukazują nam się z trochę innej strony. Trochę inaczej postrzegamy ich twarze i ich zachowania.

Każde zmarszczenie brwi i każde krzywe spojrzenie jest w powieści dokładnie opisane. Dowolny wykładowca kreatywnego pisania czytając tę książkę dostałby zawału wznosząc okrzyk, że „tak się nie da pisać”. Raz jeszcze wracamy do realiów. W Japonii tego czasu nikt tak nie pisał. Nikt nie opowiadał o emocjach, jakie towarzyszyły bohaterom. Nikt drobiazgowo nie zatrzymywał się nad ich uczuciami. To było coś, co należy schować, ukryć, zapomnieć. Prawie, można powiedzieć, coś wstydliwego. A tu nagle emocje bohaterów są równie ważne, jak powodujące je wydarzenia. To musiało być coś! Nie wiem, czy „Światło i mrok” odniosło w swoim czasie sukces. Soseki nie ukończył książki. Jeszcze 21 listopada 1916 planował pisać przez kolejny rok, zmarł niespełna trzy tygodnie później. Autor niepokoił się, że książka staje się coraz dłuższa, nabiera objętości. (Czyli nie pisał zgodnie z wytycznymi z kursów kreatywnego pisania, być może sam nie znał zakończenia!)

Czytając nie mogłam pozbyć się myśli, że to książka pisana z myślą o zachodnim czytelniku. Czyżby Soseki chciał tym dziełem podbić świat i wpisać się na stałe w kanon literatury światowej? Natsume Soseki jest stałym gościem na moim blogu. (Pojawi się jeszcze przynajmniej raz, gdy wreszcie skończę „Wrota”. Czyli niedługo.). Jego zasługi dla uwspółcześnienia literatury japońskiej są nie do przecenienia. Czytając poprzednie jego książki nie czułam tego tak bardzo. „Światło i mrok” to jego ostatnia powieść, być może najbardziej nowatorska, być może dlatego taka trudna.

Niełatwo czyta się roztrząsanie każdego gestu, słowa, spojrzenia i jego braku. To dopiero początki powieści psychologicznej. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jak sygnalizować to, co może pozostać niedopowiedziane. Uwielbiam japońskie opisy, ale raczej przyrody niż medycyny czy szczegółowe zatrzymania nad tym, jak ona siedząc patrzyła na swoje ręce. Jest pod koniec taka scena, gdy kobieta obiera jabłko, a Tsuda ją obserwuje. Ach, Kawabata, ten by umiał to opisać! Ale nie byłoby takiego Kawabaty bez takiego Sosekiego.

O co chodzi w małżeństwie, to wie tylko zaangażowana w nie para. „Światło i mrok” doskonale obrazuje, że jesteśmy poruszani przez wiele relacji. Mówi się, że Soseki pisał o samotności. Tutaj opisuje, jak bardzo jesteśmy sami w powodzi relacji, jak bardzo wpływamy każdy na każdego. Ta książka przypomina sztukę teatralną, gdzie poszczególni aktorzy wchodzą, schodzą, a i tak zdają się wszyscy obecni jednocześnie. Każdy tu ciagle kogoś gra, ale wydaje się, że pod koniec wreszcie zaczęli zdawać sobie z tego sprawę.

Na koniec drobna uwaga o języku. Kiedyś szukaliśmy polskiego określenia na „tysiąc jesieni jednego dnia”. W tej powieści pojawił się zwrot „siedzieć jak na szpilkach”. Ciekawa jestem, jak to brzmiało w oryginale. Gdybym tylko uczyła się japońskiego… cóż, wtedy pewnie nie miałabym czasu tyle czytać.

Natsume Soseki, Światło i mrok, tłumaczenie z języka japońskiego Barbara Andrasik, Wydawnictwo Psychoskok, Konin 2016

Poza takimi dziwnymi nazwami, jak kubizm i futuryzm, które obiły mu się o uszy, dobiegło go jeszcze kilka innych zagranicznych słów, jakie słyszał po raz pierwszy w życiu.

Miał takie uczucie, jakby nagle powróciło do niego jakieś zapomniane już wspomnienie.

Dlaczego do tej pory nie pamiętałem, że na świecie istnieją i takie miejsca?

Dlaczego właściwie mam się z nią spotkać? Żeby dłużej o niej pamiętać?

Tsuda stwierdził w myślach, że damskie włosy to nie coś, co można tak po prostu sobie upiąć.

Być może ta kobieta rankiem nie pamięta już zaskoczenia z poprzedniego wieczoru.

Julio Ramon Ribeyro, Słowo niemowy: niesłyszalny krzyk

Pisarze są elitą, pisanie jest zajęciem ludzi wykształconych i wrażliwych zarazem. Czy, jeśli oddają głos wykluczonym, mogą brzmieć autentycznie? Jak to zrobić, nie przebierając masek i kostiumów? Bez nadmiernej opiekuńczości, czułostkowości, po prostu szczerze – czy wymyślając historię w ogóle można pisać prawdziwie? Julio Ramon Ribeyro szukał odpowiedzi na te i inne pytania. Najważniejszym, po przeczytaniu wyboru jego opowiadań, jest: dlaczego opowiadania nie są popularne? dlaczego wydaje się i czyta mniej opowiadań niż powieści? Skoro mogą być równie dobre, skoro nie chodzi o jakość i walor, to o co?

słowo niemowy

Etat popularnego peruwiańskiego pisarza zajmuje noblista Mario Vargas Llosa. Zmarły w 1994 roku Ribeyro nie konkurował z nim. Znalazł się w lokalnym kanonie lektur szkolnych. Teoretycznie każdy wykształcony Peruwiańczyk zna to nazwisko. Ciekawe, czy je docenia? Ot, opowiadania, w dodatku takie jakieś staroświeckie. Opowiadanie to trudny, zaniedbany gatunek. Bez fajerwerków, ozdobników, bez miejsca na słabsze momenty, wymaga maestrii i dokładności oraz umiejętności dokonywania wyborów. Te teksty są na wskroś aktualne. Zawsze będą wykluczeni, zawsze trzeba o nich mówić. Pisarz mówi więc, z prostotą, bez ornamentów, ale ta forma jest jego siłą. Świadomie używał zasad o dawnym wydźwięku. Stworzył coś w rodzaju wytycznych dla samego siebie. Przywodzi mi to na myśl architekturę współczesną, gdzie troska o funkcję i formę przynosi dbałość o każdy potrzebny, niezbędny szczegół. Detale wynikają w konstrukcji i są niezbędne, a nie są ornamentem nałożonym na gotową strukturę. Dlatego te dawne wydawałoby się zasady, których nikt już nie przestrzega, są w jakiś sposób czyste i świeże.

2017-07-30 13.49.47

2017-07-30 13.50.12

Napisałam o wykluczonych, autor sam zatytułował jeden z wyborów swoich dzieł hasłem „Słowo niemowy”, które zostało użyte też w polskim przekładzie. Musi się to kojarzyć z pozytywistycznymi nowelkami. W tym miejscu najlepiej widać, jak bardzo ubogi jest mój opis. Te poruszające teksty dodają nam empatii, ale nie zachęcają do walki w imię równości klas czy jakiejkolwiek innej utopii. Chodzi raczej o to, by zrozumieć sąsiada, niż by zmienić ład społeczny. Dlatego ich wydźwięk jest inny niż tekstów, które się zestarzały, które są tylko historycznym dokumentem. „Słowo niemowy” to literatura, nie manifest.

Kim jestem ja, skoro nie utożsamiam się z bohaterami? Podglądaczem? Kim jest czytelnik? Czy widzem, czy odbiorcą? Szkatułką na pamięć? Autor pisze, że książki tez przeminą. Smutne zakończenie, z którym nie sposób się nie zgodzić.

Mogłoby się wydawać, że to nie są teksty pisane dla mnie. Zwłaszcza „Tylko dla palaczy” zakłada raczej wąskie i dość specyficzne audytorium. A przecież tym bardziej kusi to, co trudno nam zrozumieć. Być może po to właśnie ze sobą rozmawiamy: żeby coś pokazać, przekazać, ukazać. Coś, co inaczej jest niedostępne, zakleszczone w naszym sposobie myślenia, jedynym słusznym.

„Feniks” to tekst o cyrku. Przedstawienie opowiada wielu narratorów, z widowni, z loży dyrekcji, z areny. Sekunda po sekundzie zmienia się kąt patrzenia. To forma, którą lubię, jednocześnie wydaje się tu jedyną naturalną, słusznie dobraną. Podobnie „Rozwiązanie”, czułam się nie jak widz, nie jak bohaterka, nie jak narratorka, ale jak pisarka. Czułam, jakby to był mój tekst. Pierwszy raz w życiu miałam takie wrażenie. „Eukaliptusy” wycinane wzdłuż miejskiej alei to taka peruwiańska, limańska Puszcza Białowieska. Kolejny dowód na uniwersalizm dobrego słowa, dobrej literatury. Pewne rzeczy się po prostu nie zmieniają. Zawsze będą pisarze, którzy zauważą brak eukaliptusa.

Proste słowa, silne wrażenia. Emocje są napięte, nie sposób się oderwać, co w przypadku opowiadań nie zdarza się często. Postaci doprowadziły do rozwiązania akcji, a ja nie odkładam książki. Po chwili porywają nowi bohaterowie, zanim zdążymy przemyśleć perypetie ich poprzedników. Później przemyślenie wraca, historia zostaje w czytelniku.

Na marginesie warto byłoby dodać coś o literaturze peruwiańskiej. Gdybym coś o niej wiedziała, pewnie napisałabym to w tym miejscu. Zastanawiam się, czym jest Paryż dla Peruwiańczyków. Wraca jak Wiedeń u Irvinga. Paryż dla każdego oznacza zupełnie inne miasto. Warto o tym kiedyś napisać.

Polski wybór zachowuje kolejność chronologiczną. W posłowiu tłumacz napisał, że od pewnego momentu styl pisarza jest dojrzały i później już się nie zmienia. Zastanowiło mnie to, czy dojrzałość oznacza brak zmian? Brak zmian to dla mnie przeciwieństwo rozwoju, stagnacja i generalnie wada. Dojrzałość zaś chyba nie jest wadą…

Nie wiem, jaki jest sens publikować takie książki bez nachalnej reklamy. Być może to misja. Jeśli książka ma być czytana trzeba o niej najpierw usłyszeć. Cieszę się, że przeczytałam opowiadania Julio Ramon Ribeyro jako ćwiczenie wrażliwości. Zostało mi jeszcze sporo jego tekstów, szlifowanie hiszpańskiego jeszcze nigdy nie było tak przyjemne.

Julio Ramon Ribeyro, Słowo niemowy. Wybór opowiadań, przekłd Tomasz Pindel i Nina Pluta, Wydawnictwo Universitas, Kraków 2016.

Guðmundur Andri Thorsson, Miasteczko w Islandii: echo we mgle

Ludzie są na siebie skazani. Widać to zwłaszcza w zamkniętych, niewielkich grupach. Czasem sami tworzymy takie enklawy, gdzie ustalamy swoje reguły, a przybyszowi z zewnątrz trudno się odnaleźć. Czasem los decyduje o tym, obok kogo upływa nasz czas, kto nas obserwuje i kto może nam pomóc. Wciąż mam zanotowany dawny pomysł na opowiadanie „Sąsiad na całe życie”, o ludziach mieszkających blisko siebie i wreszcie pochowanych niedaleko. To nawet nie jest znajomość, takie mijanie się, nieraz przez lata. To zupełnie co innego. To jest społeczeństwo.

miasteczko-w-islandii-390

Pisarz Guðmundur Andri Thorsson opisał takie miejsce. Kata, jedna z mieszkanek tytułowego miasteczka, przejeżdża przez nie na rowerze. Spieszy się na koncert chóru, który prowadzi. W tym czasie przez okna swoich domów obserwują ją miejscowi. Pojawiają się zamyślenia, retrospekcje, wspomnienia. Powoli wszyscy zaczynają wybierać się na wieczorny koncert. Nie ma tu przełomowych wydarzeń, ale cisza nie oznacza spokoju.

Mała społeczność może świadkować tragediom, które jakby nie pasują do niej skalą. Wbrew dumnemu napisowi na okładce, „Miasteczko w Islandii” nie jest najpiękniejszą książką, jaką przeczytałam czy przeczytam w tym roku. Czy książka z takim zagęszczeniem maleńkich dramatów może być piękna? Właściwie żadne z trudnych wydarzeń nie dzieje się na naszych oczach. Atmosfera jest jednak napięta i to uczucie nie znajduje ujścia ani rozwiązania.

Przeszłość echem rozbija się po domkach miasteczka. Domki, miasteczko, zdrobnienia. Obraz jednak nie jest cukierkowy. Gdy bohaterowie rozpamiętują to, co było, wraz z nimi raz jeszcze stawiamy czoła zdradom, zemście, miłościom i temu, co już przeminęło. Nikt z nich nie żyje chwilą obecną, a przecież jest pięknie – popołudnie, koncert, wiatr, wino, rower. Skonfliktowane rodzeństwo tkwi w urazach sprzed lat. Liczne stereotypy wypływają na wierzch.

W tym chłodnym, północnym powietrzu coś nieprzyjemnego wisi ponad głowami ludzi. Trochę tajemnic, trochę przeszłości. Wszystko to jest jednak blade. Mimo mojego uwielbienia dla pastelowych powieści, ta mnie zawiodła. Zapowiadało się idealnie: dużo postaci, krótkie opowiadania, kilka minut właściwej akcji i dawność, i to, co było. Zabrakło celnych obserwacji i zburzenia tego nastroju, który narasta, a później tylko rozpływa się we mgle, jak mgła.

I tylko ci ludzie są warci, by o nich opowiadać. Mimo, że miasteczko Valeyri nie istnieje poza książką, problemy jego mieszkańców możemy spotkać w każdej małej społeczności.

Guðmundur Andri Thorsson, Miasteczko w Islandii, tłumaczył Jacek Godek, Wielka Litera,Warszawa 2017.

Carlos Ruiz Zafon, Cień wiatru: książka żebrząca o pamięć

To była sensacja, to był głos pokolenia. „Cień wiatru” nie schodził z ust, z kart dzienników, chyba nawet w telewizji można było o nim usłyszeć. Nie trzeba wykazywać krztyny zainteresowania książkami, żeby wiedzieć, że młodziutki Daniel, zaprowadzony przez ojca na Cmentarz Zapomnianych Książek, znalazł tam dzieło, które zmieniło jego życie. Cytaty z „Cienia Wiatru” są powszechne. Często używa się ich bez podania źródła, gdyż, być może, nie wszyscy cytujący to źródło znają. W domu mamy przynajmniej 3 egzemplarze tej książki. To był sukces, to było coś.

cien-wiatru-b-iext33700979

Dlatego tak trudno było mi po tę książkę siegnąć. 500 stron adresowanych do młodzieży, w dodatku tej raczej męskiej? Chór klakierów? Modna książka? To doskonałe wyznaczniki tego, co nie jest dla mnie. Teraz powinnam napisać „rzeczywistość okazała się zaskakująca jak zawsze” lub „i w tym właśnie miejscu się myliłam”.

Chciałam przeczytać rzetelną, dobrą literaturę. Gdzie postaci jest dużo, a każda jest inna. Gdzie przygody są porywające, a akcje dynamiczne. Gdzie przedmioty nie pojawiają się nieproszone, ale ich obecność (czy użycie) niesie ze sobą znaczenie. Gdzie historia jest jednym z bohaterów. Gdzie wątki są sprytnie poprzeplatane. Gdzie język sprawia, że chce się notować, a przede wszystkim – czytać dalej.

Dokładnie to dostałam. To porządna książka, takie zadanie domowe na mocne 5. Wprawdzie strasznie mnie denerwowało, (zwłaszcza po moich ostatnich lekturach), że bohaterowie są dobrzy albo źli. Każda napotkana osoba od razu zaczyna Danielowi pomagać – zaprasza go, wspiera, zwierza się. List, który napisała Nina, uznałam za ckliwą przesadę i trochę zbyt proste pozamykanie wątków. Chciałabym wiedzieć więcej o przeszłości Fermina. (Pewnie wyjaśnienie można znaleźć w innych książkach z cyklu, ale ja chciałam przeczytać jedną, zamkniętą całość, a nie prequel czy wstęp).

Mimo tego, bardzo podoba mi się przesłanie, które, być może nie do końca świadomie wprowadzone przez autora, wyziera ze spotkań Daniela z najróżniejszymi ludźmi. Za każdym razem, gdy Daniel znajduje się pod ścianą, o krok od przyłapania czy wyrzucenia na ulicę, myśli, że pozostała mu jedynie prawda. „Nie wiesz co powiedzieć – powiedz prawdę” – to też mógłby być cytat z tej książki.

Lektura „Cienia wiatru” była przyjemnością. Uwielbiam formę wołacza, ten zwrot „Danielu” pojawiający się nader często zasłużył na ochy i achy. Gdybym była dorastającym chłopcem, odebrałabym to wszystko zupełnie inaczej. Cieszę się, że powstają takie książki, ale uważam, że to powieść wybitnie dla młodzieży a nie dla każdego. Pytanie, czy w ogóle istnieją powieści dla każdego i czy istnieć powinny?

Carlos Ruiz Zafon, Cień wiatru, tłumaczenie Beata Fabjańska – Potapczuk, Wydawnictwo Muza, 2008.