Edward Rutherfurd, Paryż: gdy tło wyziera na plan pierwszy

Być może ta książka zmieni moje życie.

Gdy pisze się książkę o Paryżu, wiadomo, że „bohaterowie” oraz „tło” zamienią się miejscami. To jest powieść o mieście. Zaludniający je przez wieki paryżanie to może więcej niż pionki, ale na pewno nie rozgrywający. Myślę, że w powieściach historycznych postaci to najsłabsze ogniwo. Jak nadać komuś, kto żył dawno temu i wyznawał inne wartości cechy, które zaciekawią współczesnego czytelnika? – to jest wyzwanie. Autor powieści „Paryż” wybrnął z niego w ten sposób, że poznajemy rody – rodziny, które zamieszkują miasto na przestrzeni jego dziejów. To, która osoba gra główna rolę, okazuje się tak naprawdę na stronie 700 (około). Wcześniej tych ludzi jest tak wielu, a każdy taki inny, tak są do siebie niepodobni, że to aż cieszy. Dzięki temu możemy zżymać się na czyjeś zachowanie, ale to tylko jeden z elementów składowych dramatu. Tu bohaterami nie są królowie czy premierzy ani głownodowodzący. Dzięki temu książka zyskuje na wiarygodności – każdy może zakwestionować słowa wypowiedziane przez Ludwika XIV, a niezapisane w kronikach, ale już szlachcic de Cygne, nienotowany w tychże annałach, może mówić w powieści co się żywnie autorowi podoba.

Screenshot_2017-05-25-21-54-46

Gdy w tle jest Paryż, poprzeczka umieszczona jest wysoko, ale chyba każdy fan tego miasta znajdzie coś dla siebie. Jest Wersal, jest Place du Tertre. Są fragmenty gdy ktoś wciela się w przewodnika – no cóż, musiały być, wiem, jakie to niewdzięczne tak pisać. Nie ma ich na szczęście wiele. Większość miasta poznajemy wraz z jego mieszkańcami. Najwspanialsze są techniczne opisy wieży Eiffela – o kuciu na gorąco, o kożuchach, które dostali młotowi, o tym, jak konstrukcja opiera się wiatrowi i nawet o tym, jak działają windy. Inżynierowie byliby dumni. Tu autor zdecydowanie odrobił lekcję.

Gdy mowa o badaniach przed pisaniem, troszkę niepokoi, że „Paryż” to tylko jedna z powieści tego typu. Autor napisał (opisał? sportretował?) jeszcze Nowy York i Londyn. Nie mam na razie w planach tych lektur. Obawiam się sztancy. To największa wada powieści historycznych: Sienkiewicz i jego powielanie kliszy odstręczaja mnie od sięgnięcia po inne dzieła Folleta, Gortnera czy Rutherfurda właśnie.

Gdy czytam, słucham melodii zdań. Tutaj język nie zachwyca, miejscami (tylko miejscami, stron jest prawie 1000) drażni. Za to sceny skonstruowane są tak, że trudno się od książki oderwać. Całą powieść rzecz jasna posklejałabym inaczej. Zabrakło mi tu troszkę średniowiecza. Zabrakło mi zupełnie Viollet le Duca i jego pomysłów na Paryż. Ale autor miał własny zamysł i to się broni. Trudno napisać o każdym paryżaninie przez całą historię, ale pisać o Eiffelu, a pominąć le Duca… (Zosia kręci głową z niedowierzaniem).

Gdy już mowa o tym, czego nie ma, trzeba wymienić wszystkie dzieje miasta, wszystkie! Jest pogrzeb Victora Hugo, ale nie ma słowa o Nędznikach. Pojawia się kradzież Mona Lisy czy Picasso czy Hemingway, ale tylko jako odnośniki, punkciki bez komentarza. Nawet Napoleon jest jedynie w sarkofagu. Rozumiem ten sprytny zamysł. Sprawił on, że jest to książka dla osób, które albo mają cała historię w nosie i nie przejmują się, czy Komuna Paryska miała szansę się udać. Jest też drugi typ czytelnika – mrówka, która wyłapie najdrobniejsze nieścisłości. Kim jestem ja? Blisko mi do zostania fanką pisarza, z którym spędziłam dużo przyjemnego czasu.

Gdy piszę, że być może ta książka zmieni moje życie, mam na myśli budzenie ambicji. Po lekturze Gortnera pisałam – niech ktoś mu opowie o królowej Bonie! Teraz czuję się inaczej. Teraz sama, obawiając się polegnięcia na XX wieku, chciałabym spróbować opisać podobnie Kraków. I krakowian.

Edward Rutherfurd, Paryż, przełożyła Agnieszka Mitraszewska, Wydawnictwo Czarna Owca, 2014.

Rynsztok jest tuż za progiem.

Może właśnie dlatego Wersal tak sugestywnie działa na zwiedzających. Stanowi symbol całego świata, który uległ zagładzie i został zamrożony na zawsze w tym perfekcyjnym stanie, dokładnie takim, jakim był w momencie, gdy król i królowa byli wleczeni na szafot.

– Można być niewinną, nie będąc ignorantką.
– Tego jeszcze nikt nie dowiódł.

Podobno większość artystów to potwory. Nie wszyscy. Ale większość.

Poznasz wielu mężczyzn i wiele kobiet, którzy mają to samo albo jeszcze coś gorszego na sumieniu, a mimo to im wybaczysz.

Będę miał przyjemność wam zazdrościć.

Będę studiował malarstwo do końca życia, ale nigdy nie będę malarzem.

Gdy jesteś tu, kto wie, jakie wspaniałe rzeczy mogą ci się przydarzyć. Ale jeśli będziesz gdzie indziej, na pewno nic się nie wydarzy.

Nazwanie kobiety niezależną przeważnie nie uchodzi za komplement.

Nie znam takich rodziców, którzy chcieliby, żeby życie ich córki było przygodą.

Ogrodnik nie tworzy kwiatu.

Zawsze byłam dumna ze swojej niezależności, choć nie za sposobu, w jaki ją osiągnęłam.

W kręgu Kokoro: co mówią japoniści gdy myślą, że są we własnym gronie

Natsume Soseki jest klasykiem, o którym młodzi Japończycy uczą się w szkole. Pisarz przełomu wieku XIX i XX dorastał wraz z nową, otwartą na świat, modernizującą się Japonią. Wtedy nowoczesny, przełomowy, aktualny, dziś ma status pomnikowy – co oznacza, że z własnej woli mało kto po niego sięga. Miało się to zmienić w roku 2014, w stulecie ukazania się jego powieści „Kokoro” (po polsku książka nosi tytuł „Sedno rzeczy”). Odbyło się sympozjum o tym dziele, ukazała się po nim publikacja, zaplanowano spotkanie. Stawiłam się na nim ja – i młodzi japoniści.

kokoro

Pytania o to, czy dany pisarz jest „na czasie”, zawsze warto zadawać. Natsume Soseki współtworzył literacki język japoński i styl narracji, jak znamy z dawnych japońskich powieści. Dziś „dawne”, przecież kiedyś takie nie były. Pisarz zasługuje na analizowanie, jest go wart. Bohater licznych biografii, gdzie autorzy pastwili się nad jego kryzysami psychicznymi, wyobcowaniem i faktem, że był trudny w kontaktach, wciąż ma wiele do ukrycia – odkrycia przez literaturoznawców. Czy „trudny w kontaktach” oznacza też „trudny w odbiorze”? Jak się pisze biografię odludka, o którym w dodatku nikt nie powie prawdy, bo wszyscy gną się w ukłonach? Pamiętniki traktował jak wprawki literackie i pisał je w klasycznej chińszczyźnie. Czy od dziś powinnam pisać bloga po łacinie? Pojechał na stypendium do Wielkiej Brytanii (wtedy! statkiem!) i spędzał ten czas wyalienowany. Mogę to sobie wyobrazić, ale nie mogę tego zrozumieć.

„Wszyscy wiedzieli, że jest kimś wybitnym” – powiedział profesor Romuald Huszcza. Pomyślałam wtedy, że Polsce Soseki zostałby zjedzony. Tymczasem jest po prostu pomijany. Przeczytałam „Sedno rzeczy”, „Jestem kotem”, zaczęłam (i porzuciłam, o tym niżej) „Wrota”, czytam „Światło i mrok”. Nie mogę napisać, że nikt tego nie czyta! Jednak prawda jest taka, że jako czytelniczka nie mam z kim o tych lekturach rozmawiać. Natsume Soseki oczekuje od czytelnika erudycji i zaangażowania. Jak mówi w „Jestem kotem” – „…nie należy czytać tej książki na leżąco lub co piątą linijkę”. Czy to dlatego mało kto po to sięga?

Profesor zwrócił uwagę, że jeśli traktujemy Natsume Sosekiego jako przedstawiciela Wschodu czy Orientu, jest to dla niego ujma. Odbiera to jego wartość jako twórcy literatury światowej. Dopytałam o tę kwestię po spotkaniu i nie zgadzam się z takim podejściem. Literatura Natsume Sosekiego wyrasta z czegoś innego (vide ta klasyczna chińszczyzna w dziennikach), innych wzorców, doświadczeń, wszystkiego! Poza tym, ponieważ nie była szerzej znana, nie wywarła tez wpływu na autorów, nazwijmy to, zachodnich. Poza tym – co jest złego w egzotyce? Profesor powiedział, że to, że budzi dystans. Według mnie budzi zaciekawienie, a bez zaciekawienia poznawanie czegokolwiek nie ma sensu. Czy się aż tak bardzo mylę? Podyskutowałabym z kimś o tym, ale z nie ma z kim, bo nikt tego nie przeczytał.

Przekład polski, którego dokonał wybitny japonista Mikołaja Melanowicz, profesor skomentował jako bardzo dobry, chociaż sam go nie czytał. Z jednej strony trudno po tak utalentowanym literacko autorze spodziewać się słabego tłumaczenia, a z drugiej… No właśnie.

Niedawno ukazały się jeszcze dwie inne powieści Natsume Sosegiego. „Wrota” z angielskiego przetłumaczyła pasjonatka. Ten przekład mnie odrzucił. Uznałam, że Japończyk czy nie, czytanie tego jedynie mnie wkurza i mam ochotę to przepisać na polski. Zapytany profesor, jak się okazało nawet nie wiedział to tej publikacji (!!!). Skomentował to słowami „Potępić tego nie można…”. Badania pochłaniają badaczy, badacze są pochłonięci badaniami – pleonazm, to jasne. Tylko że jak widać, jest zapotrzebowanie, głód może nawet takich publikacji. Mamy świetnych japonistów, nie mamy co czytać. Czy tylko ja widzę tu absurd?

W drugiej części spotkania dr hab. Bartosz Wojciechowski wyświetlił prezentację o Tokio wtedy, czyli w czasach pisarza i dziś. Napisałam przewodnik po Tokio, naczytałam się, niby wszystko jasne, ale to był interesujący spacer. Ulicami, po których jeszcze niedawno chodzili samurajowie, pojechały tramwaje konne. Życie literacko – towarzyskie tętniło. Pożar w 1923 roku zniszczył więcej, niż poprzedzające go trzęsienie ziemi. W Tokio jednak nadal rosną wiśnie i nadal ludzie chodzą je oglądać.

Panowie są bardzo sceptycznie nastawieni do Harukiego Murakamiego (tak, według najnowszych zasad odmieniamy zarówno imię, jak i nazwisko). Niby nie dziwi, ale nie doceniać jego roli w tym, ilu studentów przychodzi na japonistykę… To nawet nie buta, to nierozsądne.

13 października odbędzie się sympozjum o Yanusharim Kawabacie. Z przyjemnością pojawię się znów w tym gronie japonistów i znów będę podsłuchiwać co mówią, gdy myślą, że są sami.

Malarze z Place du Tertre

Nie ma porównywalnego miejsca w Krakowie, a może i w całym świecie. Nie ma też porównywalnych artystów.

Place du Tertre to skrawek Montmartre. Niewielki, niepozorny. Najlepszy adres to 13 B – z tarasu tego budynku można byłoby, nie wstając z leżaka, obserwować ludzi piętro niżej. Po to przychodzi się na Place du Tertre: po obserwacje.

Przechodzi tędy szlak wycieczkowy. Co chwila przemyka przewodniczka z chorągiewką, a za nią stadko turystów. Mają plecaki przewieszone z przodu, z obawy przed potencjalną, wyimaginowaną kradzieżą. Mają egzotyczne rysy twarzy, skośne oczy lub śniadą cerę. Dużo tu miejsc kuszących przybyszów szczególnie. Poniżej sklep, w którym filmowa Amelia zanurzała dłonie w workach z ziarnem. Powyżej bazylika Sacre Coeur. Na środku głównie restauracje, jest też lodziarnia, uwija się mnóstwo kelnerów w kaszkietach i z apaszkami na szyjach. Takie to francuskie. Jednak, jeśli wpatrzymy się w bruk Place du Tertre, zobaczymy starte, zatarte, metalowe, dyskretne numerki.

Tu nie można po prostu przyjść rysować. Tu trzeba stanąć przed komisją, przejść próbę, czyli spędzić kilka dni na placu. Wreszcie – czekać aż ktoś umrze i będzie można zająć jego miejsce. Brzmi dziwnie, wiem. Niemniej jednak to miejsce, gdzie około 20 – 30 osób, potrafiących na poczekaniu wykonać portret, stale czeka na klientów – modeli.

Rysowanie kogoś, kto się rusza nienawykły do pozowania, gdy inni ciekawscy zaglądają przez ramie i komentują we wszystkich językach świata jest naprawdę trudne. Kto się nigdy nie uczył rysować chyba nie może, nie jest w stanie, docenić, jak trudna jest to sztuka. Portret ma nie być tylko „podobny”. Musi mieć charakter, swój styl, klasę. Z jakiegoś powodu dana osoba wybrała danego malarza.

Każdy rysuje inaczej, każdy.

Na stanowisku 123 Bernard Madec. Tworzy subtelne akwarele, kolorowe i pełne życia. Obserwujemy go, gdy portretuje straszą kobietę, z twarzą oplecioną siecią zmarszczek. Każda z nich porusza się w uśmiechu, gdy widzi swój portret. Później skrząca się kolorami czarnoskóra kobieta w turbanie, z okrągłymi policzkami, których krzywiznę udało mu się uchwycić. Jeszcze młoda dziewczyna, wypisz wymaluj Jennifer Love Hewitt, z dużym dekoltem, tak piękna że aż banalna. W niej tez znalazł coś niepowtarzalnego. Do tego para Japończyków, patrzących w tę samą stronę, z uważną powagą. Zdaje się, że wie więcej o swoich modelach, po zaledwie kilku sekundach obserwacji, niż oni sami.

18555937_10207144479970586_8300943752139036797_n

Czas nikomu tu nie sprzyja. Jeden z malarzy ma na sztaludze napisane – 10 minutes! Inni mają tylko informacje o cenie. Ceny są wszędzie właściwie takie same. Wybierasz swojego portrecistę nie kalkulując, tu nie o 5 euro chodzi. Liczy się czar, nić porozumienia. Patrzysz na czyjś portret i wiesz, że chcesz podobny. Jednocześnie wyjątkowy – twój własny.

Dlaczego ludzie siadają na rybackich krzesełkach i proszą, by ich namalowano? By ich utrwalić w najlepszym momencie, coś na zasadzie „zmierz obwód w talii, odejmij 5 cm i zapisz ku potomności”. Z próżności też, to jasne. Jest jednak jeszcze coś, ciekawość. Piotr mnie zna na wylot, zna każdą linię na mojej twarzy i każdy pieprzyk. Co we mnie może dostrzec obcy malarz, czy jest wśród tych kresek i plam coś nowego, innego, nieodkrytego, ciekawego?

Gdyby ludzie chcieli mieć tylko swoją podobiznę, nie potrzebowaliby portretów. Wystarczyłoby lustro.

Każdy malarz jest inny, jednocześnie wszyscy powielają stereotypy. Wielu nosi berety, kufajki poplamione dyskretnie farbami, każdy pali. Są sumiaste wąsy i inne próby wyróżnienia się – a to szminką, a to szalikiem. Malują tu raczej starsi ludzie, choć pewien skośnooki chłopak na pewno jest młodszy ode mnie. Azjatów jest kilku, w tym dwóch w beretach, koszulach w kratę i watowanych kurtkach. Dopiero po długich godzinach zrozumiałam, że nie stanowią jednej osoby.

2017-05-21 14.44.52

Mimo doświadczenia, nie wszystkim idzie dobrze. Przecież trudno o dobrych rysowników. Pewna pani wyspecjalizowała się w portretach dzieci. Jako pierwsza zasiadła przy niej dziewczynka może 8 letnia, ale mająca nadal mleczne ząbki. Ktoś jej kazał się uśmiechać, więc siedziała z taką miną bardzo długo, chyba z godzinę. Gdy wreszcie zeszła z krzesełka, aż rozcierała sobie obolałe pucki na policzkach.

Malowanie takiego dziecka to chyba sama radość, mimo, że to wiercipięta. Za to malowanie ze zdjęcia, ze zdjęcia na telefonie komórkowym, malowanie niemowlęcia, w dodatku skośnookiego niemowlęcia? – wydawało mi się to absurdalną niemożliwością. A jednak. Jeden pan malował zachuszczoną muzułmankę, co gorsza sfotografowaną obiektywem szerokokątnym. Było widać tylko jej pomalowane oczy i usta. Tymczasem portret wyszedł mu piękny. Nie wiem, jak to możliwe.

Najtrudniejszy wydaje mi się portret podwójny. Gdy pozuje para, siadają osobno. Malarz najpierw tworzy kompozycję, później wypełnia ją ich podobiznami. Jednak ich spojrzenia mijają się. Nie ma między nimi związku, żadnej interakcji. Nie podobają mi się te szkice. Do momentu, gdy śliczna czarnoskóra dziewczyna pozuje z białym chłopakiem. Ona jest tak ładna, że on jest tu tylko tłem.

2017-05-21 13.27.11

Pozują przeróżni ludzie. Ładni, charakterystyczni, ciekawi efektu. Pozuje ciemnoruda nastolatka z piegami. Mówię do Piotra – ona nie wie, jak bardzo jest ładna. Piotr zdziwiony – jak to, przecież ma lustro! Pan malarz domalował jej piegi, roześmialiśmy się za głośno, bo aż się odwrócił w naszą stronę. Myślałam, że piegi wybiela Photoshop, a tu one tylko dodają urody.

Mina „powstrzymuję uśmiech” jest dość popularna. Bo jak tu siedzieć i patrzeć na malarza, widzieć przechodzących za jego plecami ludzi porównujących efekt pracy z naszymi rysami i nie powstrzymywać uśmiechu? Ci szwendający się turyści utrudniają pracę. Jeden z malarzy w czasie pracy zakłada słuchawki i słucha muzyki z discmana. Nie z telefonu, nie z mp3. Z discmana. Jest prawdziwym hipsterem, ale całkiem siwym.

2017-05-21 17.56.03

Wielu malarzy zaczyna pracę od lewego oka modela, ale później kontynuują na różne sposoby. Jeden malował od początku do końca to lewe oko, później nos, prawe oko itd. Wyglądało to tak, jakby obraz po fragmencie wyłaniał się z kartki. Kartki są troszkę oszukane, dla ułatwienia jest na nich niewidoczna kratka. Inni, po namalowaniu lewego oka, rozmieszczają pozostałe główne elementy twarzy i dopiero tworzą dalej, warstwa po warstwie. Kolejny najpierw nanosi plamy, później dodaje coraz więcej szczegółów. Niektóre sztuczki warto podpatrzeć. Na przykład soczewka oddalająca – coś jak wizjer w drzwiach, odwrotność lupy. Dzięki temu nie trzeba odchodzić, można oddalić obraz nie wstając ze stołka. Albo lusterko od roweru, ono też pozwala spojrzeć na nowo na modela i na jego portret. Ostrzenie ołówka ma wymiar nie tylko praktyczny, to także gra na czas. Pan od discmana stawia mocne kreski konstrukcyjne, uczynił z nich element swojego dzieła. Inny wynalazł jedną pozę, korzystną, w której maluje wszystkie swoje modelki.

Maluje, rysuje. Państwo na placu używają węgli, pasteli, akwareli, akryli, tuszu i innych farb i technik, których nie umiem rozpoznać ani nazwać. Jest też coś takiego jak gumka chlebowa. Nią się nie pociera kartki, a jedynie dotyka punktowo. Kartki niektórzy trzymają na sztalugach, pionowo, inni kładą je na kolanach. Piotr szkicował piórem w notatniku, gdy podszedł do niego jeden z malarzy i zaczął tłumaczyć, że to trzeba, należy trzymać inaczej. Od słowa do słowa i pan pokazał nam dyplom z petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych.

Rysowania można się nauczyć, patrzenia też, działania pod ostrzałem bacznych spojrzeń i pod presją czasu. Tylko, że to jest trudne i trwa długo. Dlatego nie ma porównywalnego miejsca na całym świecie. Wszyscy najlepsi rysownicy są na Place du Tertre.

Gao Xingjian, Góra Duszy: zmierzając donikąd

Podobno pisząc, warto mieć przed oczami potencjalnego, przyszłego czytelnika. Czy gdyby Gao Xingjian wyobraził sobie mnie, napisałby właśnie taką książkę?

Screenshot_2017-05-14-18-23-15

Góra Duszy to mityczne miejsce, które zawsze jest po przeciwnej stronie, za górą, za mgłą. Można się przybliżać, ale nie sposób tam dotrzeć. Podróżny, który opisuje swoje zmagania, najpierw rozpoczyna wędrówkę, a dopiero później obiera Górę Duszy za jej cel. Czy więc można tu w ogóle mówić o podążaniu do danego miejsca, o zmierzaniu dokądś?

Wędrowiec jest samotny. W czasie tej drogi towarzyszą mu zjawy, ułudy, marzenia, demony. Do tego czasami, chwilami, poszukuje dawnych pieśni ludowych. Te słowa i te melodie zaginęły, a raczej zostały wytrzebione w czasie rewolucji kulturalnej. Nie oglądamy samej rewolucji, ale widzimy jej skutki. Ludzi, którzy są zagubieni między dobrem a złem. Co innego czują, co innego robią, co innego mówią. Każdy z pieczołowitością sprawdza wytłaczane pieczątki na dokumentach, a przecież jeszcze niedawno te same osoby paliły akty wszelkiej własności, w tym własnej. Krajobraz chiński po rewolucji kulturalnej jest spustoszony. Na kartach książki przemyka wielu zastraszonych mnichów, nie brakuje też opuszczonych klasztorów i zburzonych świątyń. W tym pejzażu poniewierają się zastraszeni ludzie szukający spokoju i ogołoceni z wszelkich innych pragnień. Narrator rozumie ich, ponieważ przeszedł przez to samo piekło. Zauważa (gorzko, ze smutkiem, a może tylko mnie się tak wydaje) – wydałbym babkę, tę, która kupiła mi bączka.

Gao Xingjian pisał swoje dzieło w czasie wygnania – uchodztwa, gdy uciekł z Pekinu przed reedukacją. Błąkał się po kraju, wreszcie ten wykształcony romanista osiadł we Francji. W roku 2000 „Górę Duszy” i jej autora wyróżniono nagrodą Nobla. Nagrodzono powieść polityczną, postmodernistyczną, eksperymentalną – a może niezrozumiałą? Nie wiemy, ile występuje postaci, kto tu jest bohaterem, a kto jego cieniem. Całość pisana jest na różne sposoby, od poematu i stylu poetyckiego po niemalże telegraf – skrótowy, suchy, lakoniczny. Forma jest różnorodna, opowieść też. To książka, której nie sposób ani streścić, ani opowiedzieć, ani nawet przybliżyć temu, kto jej nie przeczytał.

Sięgnęłam do „Górę Duszy” ponieważ mi ją polecono w odpowiedzi na moje narzekania, że chcę przeczytać książkę, która ma potencjał zmienić czyjeś życie. Moje, na szczęście, opiera się rewolucji. Wydawać się może, że wysoki jest tak zwany próg dostępu do tej książki. Myślę, że nie wiedząc jaką miarą odległości jest li albo bez znajomości epok w historii Chin (na jakie czasy przypadała Epoka Walczących Królestw?) też można zaczerpnąć wiele z tej lektury. Tylko że to książka dla osób wrażliwych, może nawet czułych. Mimo gwałtów, które zwłaszcza na początku odnotowywane są co chwila, mimo tego, że każdy jest wrogiem, mimo wyraźnie męskiego zabarwienia narracji – tak, to książka dla tych, który chcą interpretować i szukać znaczeń. Nawet tam, gdzie na pierwszy rzut oka widzą tylko pustkowie po rewolucji.

Gao Xingjian, Góra Duszy, przekład (z angielskiego) Wojsław Brydak, Rebis, Poznań 2004.

Nigdy nie spotkałem się z takim stylem proponowania miłości. Marzę o takim we śnie, a kiedy przytrafia się naprawdę, nie radzę sobie.

Mówisz, że sytuację trudno wyjaśnić mówieniem.

To przyjaciel, właśnie się poznaliśmy.

Z pewnością zerwał kwiat lotosu, żeby go wetknąć za pas. (…) Brzegi porośnięte były wonnymi roślinami, z których Qu Yuan mógł upleść kapelusz.

Jestem szczęśliwy, że mogę czytać książki.

Tacy są malarze, wiadomo. Nie mogą strawić życia na malowaniu jednej modelki. Podobnie z modelkami, nie mogą żyć dla jednego malarza.

Wspomnienia są jak urwane guziki, które pewnie do niczego się nie przydadzą.

Miała brwi jak liście wierzby.

Miał niski głos, którym umiał zaśpiewać Międzynarodówkę w esperanto.

Szyby stały się granicą, ludzie wewnątrz wagonu i na zewnątrz, jedni i drudzy będący uchodźcami, przeistoczyli się nagle we wrogów. I dziwna rzecz, od chwili rozdzielenia przezroczystym szkłem twarze po drugiej stronie zmieniły się, stały się gniewne i wrogie.

Kiedy Bóg przemawia do ludzi, nie chce, żeby słyszeli jego głos.

– Jesteś demonem!
– Jestem boginią – poprawia.

Pisanie to wydarzenie

Pisze się w samotności. Istnieje tylko pisarz, pomysły i litery. To bywa trudne, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że podobno większość osób nie umie dłużej wytrzymać w samotności nawet we własnym pokoju. U mnie zazwyczaj jest tak: piszę i tęsknię za ludźmi. Jestem w grupie i chcę rzucić wszystko i notować, rozwijać te notatki, może nawet tworzyć. Czy każdy tak to przeżywa? Jak mogę zajrzeć do cudzego warsztatu i cudzej głowy?

Otwarte Wydarzenie o Pisaniu to takie miejsce, gdzie pojawiają się odpowiedzi, chociaż nie padają pytania.

otwarte o pisaniu

Kobieta sukcesu opowiedziała nam, jak napisać książkę w 3 miesiące (1.Ustal deadline i się tego trzymaj. 2. Zaplanuj czas na pisanie i go przestrzegaj. 3. Przemyśl priorytety i zrezygnuj np. z „oglądania butów na zalando”).

Absolwentki Szkoły Pisania Powieści mówiły, jak troszczyć się o to, by po wiedza i energia po kursie pisania została przelana na papier (1.Utrzymuj kontakt z innymi piszącymi. 2.Wdrażaj ćwiczenia z kursu. 3.Wracaj do swoich tekstów i je poprawiaj).

Tłumaczka po prostu dzieliła się swoim doświadczeniem z pisania (1.Porzuć myśli, że tylko spisujesz to, co masz już w głowie – pisanie polega na ciągłym stwarzaniu. 2.Czytaj. 3.Każde pisanie to sięganie do własnych emocji, nie bój się tego, bo to jest autentyczne).

Młodzi debiutanci podpowiadali, jak wydać książkę (1.Nie poddawaj się. 2.Bądź cierpliwy. 3.Miej pomysł na siebie).

Ponadto różni ludzie prezentowali fragmenty swoich tekstów. Oni wydali się na ostrzał naszych opinii, a my mogliśmy trochę podglądnąć, jak to jest, gdy tekst dopiero powstaje.

Oczywiście był i konkurs – napisać zdanie z danym słowem, potem dopisać drugie zdanie z kolejnym danym słowem, a wszystko tak, by powstała historia. Śmiechu co niemiara, ale i taka myśl – ja, słysząc „powiedz liczbę” nie wpadłabym, że może to być liczba pi!

Najważniejszy był jednak początek, gdy piszący mówili o tym, co dyktuje im taką a nie inną aktywność (rozrywkę? Relaks? Twórczość?). Padały słowa: bo chcę… bo muszę… bo trzeba. Takie spotkania mają niesamowitą moc: z jednej strony, możemy spotkać się z ludźmi, którzy są do nas podobni. Łączy nas pasja, łączy nas wiele. Z drugiej strony, jesteśmy tak różni jak teksty, które wysyłamy w świat.

Każdy z nas usłyszał te same słowa, a jednak każdy z nas zrobi z nich inny użytek. Własny, ale być może z pożytkiem dla innych. Przecież piszemy po to, by zmieniać świat.

I troszkę, chyba, dla przyjemności, ale o tym – ciii…