Damien Chazelle, Pierwszy człowiek: bez dopowiedzeń

W filmie „Apollo 13” w scenie, gdy całe Houston wstaje, cieszy się, bije brawo i wyraża ulgę, widzom pokazany jest dowódca. Emocje z niego spływają. Siedzi, chowa twarz w dłonie, zdejmuje okulary, pociera brwi, ma łzy w oczach. Dopiero po chwili dołącza do swojej drużyny, klepie innych po plecach i przyjmuje uściski dłoni. Ta scena funkcjonuje teraz jako mem. Zachowanie dowódcy jest tak wyraziste, że dziś wydaje się teatralne. W filmie „Pierwszy człowiek” nie ma miejsca ani dla takiej gry, ani dla takich zagrywek. Oglądamy działanie, zachowanie, słyszymy kontekst, czasem jedno słowo dopowiedzenia. Tam, gdzie w filmach (i książkach) pojawiały się wymowne spojrzenia, zmarszczone brwi, wzruszenie ramion, tu jest zwykłe zachowanie. Bohaterowie zachowują się… normalnie, tak jak ludzie, których znamy i widujemy. O sile przekazu decyduje wybór ukazanych momentów, a nie ich przejaskrawienie. W amerykańskich filmach powściągliwość rzadko służy jako środek wyrazu, przez to działa z taką siłą.

964x1389_pfr1pc

Neil Armstrong nie był idolem mojego pokolenia. Znaliśmy jego nazwisko, które nie kryło żadnego znaczenia. Zdanie wypowiedziane na księżycu było tylko ładną grą angielskich słówek. Zabawna historyjka głosiła, że miał być polskim emigrantem, który powtarzał „I’m strong” żeby dostać jakiekolwiek zajęcie, a w wyniku komedii pomyłek trafił na księżyc. Ta opowieść ukazała się w druku, a mogła powstać tylko dlatego, że nikt z nas nie wiedział, że Neil Armstrong to prawdziwy człowiek, żywa osoba, która ma jakąś twarz, przeszłość, doświadczenie. Więcej słyszeliśmy o Mirosławie Hermaszewskim, który pisał, występował pojawiał się i udzielał, uświetniał. Film „Pierwszy człowiek” bez żadnych podtytułów typu „Neil Armstrong. Historia prawdziwa” pokazuje istotę różnicy między nimi. Kiedyś myślałam, że do programu Apollo celowo został wskazany człowiek, który nie będzie walczył o sławę. Umowa mogła zawierać stosowny zapis. Neil Armstrong nie wygrał castingu, nie podpisał kontraktu na skromność. Do podboju kosmosu wybrano wielu ludzi o odpowiednich predyspozycjach, których szkolenie było żmudne, długotrwałe i kosztowne. Astronauci nie byli tylko twarzami projektu – oni go tworzyli i ponosili jego koszty. Operacja: lot na księżyc wymagała doświadczenia i elastyczności, opanowania i odwagi. W filmie jest tylko jedna postać, która ma pragnienie – John F. Kennedy. Neil Armstrong jako postać jest inżynierem, profesjonalistą, upartym rzemieślnikiem. „Pasja”, „wizja”, „marzenie” nie pasują do niego, chociaż coś przecież popychało go do działania. Film tego nie nazywa, film to pokazuje. W ostatnich minutach nie pada żadne słowo.

Z dobrego filmu zapamiętujemy wrażenie. Wynotowanie scen, które się na nie składają, jest jak próba rozmontowania kosmosu na inżynierię. Matematyka i fizyka jest zapisana w gwiazdach, pod spodem, wiemy o tym, ale szukamy prawidłowości jak ślepcy. Ostatnie słowa w filmie, gdy dowódca programu gratuluje żonie Armstronga. Gdy Neil Armstrong rozmawia ze swoimi kilkuletnimi synami jak wcześniej na konferencjach prasowych. Gdy starszy chłopiec podaje mu rękę jak mężczyzna, a nie rzuca się na szyję jak dziecko. Gdy Neil Armstrong spokojnie mówi, że chce wyjść z przyjęcia, i jest to ostatni akt spokoju, na który może się wtedy zdobyć. Gdy późno w nocy małżonkowie rozmawiają o tym, co ciekawi go w nowym projekcie – i nieważne, że jako przykład wybrano oczywistość, o której musiał wiedzieć jeszcze w poprzedniej pracy. Naprawianie awarii scyzorykiem, tuż przed startem rakiety. Podobieństwo pogrzebów i przyjęcia w Białym Domu, uniwersalna formuła bankietu, dobra na każdą okazję. Notatki w statku kosmicznym pisane na papierze, bo komputer też jest tylko narzędziem i nie zastąpi myślenia, decydowania, działania. Każda z tych scen jest osobnym dziełem, dla którego warto byłoby zobaczyć całość.

Środowisko żon astronautów poddano już wielu analizom. Dulszczyzna w Ameryce lat 60.? Tylko one wiedzą, co tam się działo. Gdy wdowa po astronaucie ostatni raz stoi przed domem, z którego się wyprowadza po śmierci męża i mówi, że wszystko w porządku, tylko inna żona wie, że trzeba ją zaprosić do środka. Wersja dla prasy kończy się dopiero tam, gdzie nie sięga teleobiektyw. Każda z tych żon skończyła college. Czy każda pragnęła stabilizacji? Czy basen w ogrodzie to stabilizacja?

Oglądając film można nie zauważyć roli tych rodzin, wiele innych szczegółów kusi uwagę. Drobiazgowa dokładność tym bardziej podkreśla, jak bardzo dokładności brakowało wtedy, jak wiele mogło się nie udać. W pierwszej scenie samolot rakietowy jest podpięty do bombowca, ten detal też może umknąć uwadze, jeśli ktoś szuka sensacji. Kod błędu pewnie mało kogo obchodzi, a o tym można nakręcić osoby film, tym razem opowiadający historię programowania. Podskoki na księżycu przypominają postaci z Kerbal Space Program – bo postaci z tej gry były wzorowane na astronautach, nie odwrotnie. Film jest do tego stopnia pozbawiony nachalności, że każdy zobaczy w nim coś innego. Tylko poszukiwania tandetnych wzruszeń są skazane na porażkę.

Na drugim planie przemyka bohater, który mnie zaciekawił najbardziej. Dowódca, Deke Slayton grany przez Kyle Chandlera. Czy on miał żonę? Czy on ponosił koszty? On nie latał, nie był naukowcem, jaką czerpał satysfakcję z programu? Organizator, którego zadowala poczucie spełnionego obowiązku? Zginęło wielu jego ludzi, podatki całego społeczeństwa szły na naukę, ale i na fanaberie, czy ten program to był dobrze spełniony obowiązek? W filmie nie ma śladu takich myśli, ale to film mnie skłania, by poszukać informacji albo chociaż wygooglać nazwisko. Skłania: nie zachęca, nie sugeruje, nie motywuje. Pobudza? Jak nazwać takie zachowanie, kluczowe w oddziaływaniu międzyludzkim, dzięki któremu chcemy osiągać coś wielkiego i stajemy się lepsi? Reżyser, laureat Oscara za „La La Land”, jest z mojego pokolenia. Ciekawe, o czym będzie opowiadał za 20 lat i jaki sposób wybierze. Pewnie nadal będzie poruszał tak mocno, tak trafnie wybranymi środkami. Film „Pierwszy człowiek” dociera do emocji, których nie nazywa, tylko pokazuje. Trudniej je odczytać niż dane na wskaźnikach komputera pokładowego. Jesteśmy bardziej skomplikowani niż statki kosmiczne.

Pierwszy człowiek, reżyseria Damien Chazelle, 2018.

Kim chciałeś zostać, gdy dorośniesz?

A kim chciałbyś zostać, gdybyś dorósł?

Chciałam być „takim leśniczym, tylko od wody”. Między programami z serii „Zwierzęta świata” mignął mi kiedyś człowiek, który mieszkał w dziczy i miał pod opieką kawałek strumienia. Pewnie zajmował się badaniem zanieczszeszczeń i sprawdzaniem liczebności populacji ryb, ale dla mnie jego zajęcie oznaczało spacery wzdłuż płynącej rzeki przedzieranie się przez zarośla porastające brzeg, możliwość podpatrywania wszelkich zwierząt, bo każde zmierza do wody. Taki leśniczy, tylko że zamiast wycinka lasu czuwał nad rzeką. Jak byłam mała przekopywałam strumyki, zatykałam źródła i patrzyłam gdzie wybiją od nowa, wymyślałam kolejne sposoby budowania tamy. Wiosenne roztopy były moją ulubioną porą roku. W tym programie usłyszałam nazwę wymarzonego zawodu: od tamtej pory chciałam być dozorcą rzecznym.

To chyba jedyny ze wszystkich pomysłów na zawody, jakie miałam w dzieciństwie, którego nigdy nawet nie próbowałam realizować. Tylko raz, w czasie jakieś olimpiady z biologii doszłam do poziomu, gdzie mieliśmy zajęcia nad rzeką. Pobieraliśmy próbki wody, badaliśmy ją odczynnikami, oglądaliśmy pod mikroskopem, wypełnialiśmy arkuszy obserwacji i analizowaliśmy odpowiedzi. To była fajna przygoda, pasjonująca, jednorazowa. Tymczasem organizacja wwf właśnie poszukuje aktywistów w Polsce do patrolowania rzek (link tutaj). Nazwali ich strażnikami, nie dozorcami. Każdy może się zgłosić. Celem jest monitorowanie na bieżąco, czy rzeka nie jest betonowana na dziko i czy regulacja nie grozi powodzią albo nie jest zbyt mocną ingerencją w życie dzikiej przyrody. To misja, to nie to samo, co obserwowanie strumienia płynącego przez tajgę… Dozorcy rzeczni w Kanadzie, ci szczęściarze w przemoczonych kaloszach, pewnie tak samo jak inni narzekają na biurokrację i cywilizację, globalne ocieplenie i może samotność. Nie chcę sprawdzać, jak naprawdę pracuje strażnik. Obserwowanie wartkiego nurtu i życia na brzegach jest ciekawsze, kiedy zajmuję się wyłącznie obserwowaniem, nie ratując przy okazji świata.

George Saunders, Lincoln w Bardo: strach nie umiera

Wszyscy ludzie mają wrodzoną umiejętność rozpoznawania sześciu podstawowych emocji (radości, smutku, strachu, zdziwienia, złości i wstrętu). Odczytywanie wyrazu twarzy łączy nas ponad kulturami, epokami, postępem cywilizacyjnym i dostępem do dóbr materialnych. Mamy tych kilka uniwersalnych emocji, a ile jest wspólnych dla wszystkich ludzi przeżyć albo doświadczeń? Pewnie po selekcji zostałyby tylko sprawy związane ze śmiercią i narodzinami. „Lincoln w Bardo” opowiada o śmierci dziecka.

1602100-lincoln-w-bardo-2

Coś w nas domaga się pożegnań, coś innego – odpowiedzi. Każda grupa etniczna, kultura, plemię ma swoje pomysły na to, co się dzieje z tym czymś, co zniknęło z człowieka pozostawiając martwe ciało. Czyściec, obcowanie świętych, otchłań, wędrówka dusz – różne nazwy i pojęcia na ten sam niepokój. Swojskie Dziady też wpisują się w tę ogólnoludzką tradycję. W niektórych odłamach buddyzmu naucza się o Bardo, miejscu tak samo niedookreślonym jak Otchłań w tradycji kościołów wschodnich, do której Jezus wstąpił po śmierci. George Saunders przyznał, że nie czytał „Dziadów”. Za to teraz na całym świecie ludzie czytają „Lincolna w Bardo” i odnajdują tam swoje lęki, o których nie mówi się w czasie imprezy na halloween, na stypach ani przy odwiedzaniu rodzinnych grobów. Autor nie musi znać „Dziadów” by znać te same lęki. Słysząc tytuł niektórzy googlowali „Bardo” jako miejsce i szukali go na mapie (wypada gdzieś w Polsce). Mnie nie przyszłoby to do głowy. Na literaturę reaguję inaczej, ale na śmierć dziecka każdy reaguje podobnie: rozpaczą, po czym każdy inaczej tę rozpacz przeżywa. Ta książka pokazuje właśnie tę różnorodność rekacji na to samo przeżycie i według mnie w tym tkwi się jej genialność.

Krytycy docenili formę utworu, ja zaznaczam adekwatność formy do treści. Plejada postaci odpowiada egalitarności śmierci. Słyszymy myśli najróżniejszych ludzi, podsłuchujemy duchy które nie spotkały się za życia, oddzielone podziałami społecznymi i czasami. Żaden z nich nie ma monopolu na mikrofon, ale każdy może zabrać głos. Kilkakrotnie słyszymy żywych – stróża cmentarza, bezsenną kobietę mieszkającą w pobliżu, Abrahama Lincolna. Wypowiedzi uzupełnia słowo pisane – wycinki prasowe i komentarze z epoki mają nadawać słowom oficjalną rangę. Książka ma strukturę niby dramatu, ale autor wypowiedzi jest podpisany juz po jej wygłoszeniu. Czytamy tekst, a dopiero później widzimy, czy ta postać już mówiła, czy na scenę wszedł (wleciał, wślizgnął się) nowy bohater. Mówcy nie śpiewają w chórze ani nie grają w orkiestrze. Pewna kobieta jest niemową, jej kwestie są zaznaczone gwiazdkami. Każdy ciągnie swoją opowieść nie zważając na innych. Niektórzy są martwi od kilkuset lat i od wieków powtarzają tę samą wersję. Towarzysze znają ją na pamięć i nie wpływa ona na ich postrzeganie siebie i świata. Na cmentarzu z tej książki wszyscy są równi i każdy może się wypowiedzieć, a nikt nikogo nie słucha.

Nie tylko duchom brakuje empatii. W pobliżu cmentarza mieszka samotna kobieta, która pisze list do brata. Stróż regularnie widuje ją w oknie i zastanawia się, czy się nie nudzi, ona stróża nie dostrzega. CI dwoje mogą jeszcze coś zmienić w życiu, coś zrobić. Duchy mają mnóstwo czasu, a powtarzają wciąż te same opowieści. Stróż chodząc po cmentarzu dodaje sobie odwagi opowiadając duszom, co się zmienia u niego i w świecie dookoła. Mimo tego duchy nie przyjmują do wiadomości, że nie żyją. Wniknięcie w kogoś jest w książce jedynym sposobem, by wyzwolić się z własnej wizji świata, może dlatego duchy robią to niechętnie? Wiedzą, że gdy wnikną w kogoś, poczują, zrozumieją, coś w nich się zmieni, będą troszkę kimś innym. Towarzyszenie i wspólne przygody to za mało do porozumienia, nawet beczka soli niczego tu nie zmieni. Martwi nadal się boją, kurczowo trzymają się tego, co znają. Duchy się boją utraty i zmiany. Duchy są takie ludzkie, duchy w książce nadal są ludźmi.

Duchy mówią tak, jak za życia. Niektórzy cedzą śliczne frazy, inni mówią z błędami ortograficznymi, albo bez przerwy na oddech i bez spacji. Dobór słów, konstrukcja zdań, pomijanie pewnych pojęć albo tematów zdradzają ich pozycję społeczną, epokę, kulturę. Stchórzyłam i nie sięgnęłam po angielski oryginał, błędów ortograficznych w XVIII-wiecznych wyrazach mogłabym nie znieść. O tłumaczeniach Bronisława Zielińskiego (przekładał Hemingway’a, Capote’a, i np. „Moby Dicka”) pisano, że są kongenialne, że dorównują geniuszowi oryginału. Michał Kłobukowski osiągnął podobny poziom. Znalazł słowa, które odbieramy jako dawne, znalazł inne, które odbieramy jako jeszcze bardziej archaiczne. Za pomocą środków z języka polskiego osiągnął efekt jakby równoległy do tego uzyskanego w języku angielskim, nie stosując kalek.

Zapisałam jedno tylko zdanie: „Był jednym z tych dzieci, na których podobieństwo ludzie wyobrażają sobie własne, zanim te na świat przyjdą”. To nie jest opis, to odwołanie do uczucia, które pozwala nam sobie wyobrazić Williego. Celne.

Autor niektórym fragmentom nadał formę pamiętników, opracowań, wspomnień, artykułów. Słowo drukowane, zdawałoby się pewne, sprawdzone i udowodnione, jest taką samą fikcją jak rozmowy duchów. Kilka osób opisuje jak wyglądał księżyc tamtej nocy, każdy zapamiętał co innego. Dziś można łatwo sprawdzić, jaka naprawdę była wtedy pogoda. Udowodnić, kto miał rację, choć to bez znaczenia. Lepiej pokazać, że każdy się mylił. Fakty znaczą mniej niż prawda, fakty to tylko emanacja prawdy.

Do autora sława przyszła w pewnym sensie późno, George Saunders jest po 50. „Lincoln w Bardo” to jego pierwsza prawdziwa książka – choć nie jest to powieść. Z wykształcenia jest geofizykiem. Pracował przy poszukiwaniu złóż ropy i gazu w Indonezji. Zbierał różne doświadczenia, czyli: błąkał się, szukał swojego miejsca, był biedny. Pisania się uczył, po czym w tej samej szkole (uczelni, studiom) pracuje jako nauczyciel. Mówi, że ma mały talent, ale jeśli dać mu kilka lat, to coś wykombinuje. Bardzo cenię takich pisarzy, takich ludzi i takie podejście.

George Saunders, Lincoln w Bardo, tłumaczenie Michał Kłobukowski, Kraków 2018.

Arundhati Roy, Ministerstwo niezrównanego szczęścia: więzi wykluczonych

Internet zbliża nas do ludzi, którzy są daleko i oddala od tych, którzy są blisko – alarmowano, gdy rósł wpływ wirtualnych relacji na codzienność, wydawałoby się, inną, bardziej realną. Konflikty na końcu świata też obchodzą nas bardziej, niż te dziejące się tuż obok, za ścianą, przy naszej ulicy. Wiemy coraz więcej o różnych zapalnych miejscach na świecie. Łatwo znaleźć informacje o szerszym tle zmian zachodzących w punktach, gdzie stykają się sprzeczne interesy. Dalekie wojny mają powab egzotyki i nie zagrażają nam bezpośrednio, czytanie o nich dostarcza bezpiecznych emocji. Dzięki lekturze możemy przeżyć coś, czego zazwyczaj nie doświadczamy, wciąż zachowując dystans. Czytelnicy powieści Arundhati Roy widzą, dosłownie, niczym naoczni świadkowie, co zostaje z podzielonego społeczeństwa. Silne emocje ułatwiają im zapamiętywanie. Może obraz ubocznych skutków nacjonalizmu stanie przed oczami w momencie prostej decyzji i przełoży się na działanie, na obronę szkalowanego, na nieszkalowanie bezbronnego. Nie mamy wpływu na egzotyczne wojny, ale możemy wpływać na wydarzenia w zasięgu ręki, a dokładnie w zasięgu naszej pomocnej dłoni. Czy Arundhati Roy tworzy literaturę, by zmieniać świat? Jej książki powstają w związku z jej zaangażowaniem społecznym, są wynikiem tego, co zobaczyła i co sprawiło, że czuła się bezradna. Nie jest bezradna: jest pisarką.

Jej bohaterowie nie przepadają za wiążącymi określeniami i opowiadaniem się po którejś ze stron. Wiedzą, że to sprzyja wykluczaniu ich jeszcze bardziej. Jasne deklaracje i definicje są mniej ważne niż poczucie bezpieczeństwa, troska o przeżycie, spokój i najbliżsi – nie wirtualni. Tak to ujęłam, ale postaci z „Ministerstwa niezrównanego szczęścia” nie mają wyraźnych pragnień. Punktem wyjścia jest konflikt tożsamościowy i miejsce w społeczeństwie hidźra – osób transpłciowych. Czytanie krytyczne, określanie dążeń bohaterów, badanie struktury powieści i inne zagadnienia zalecane na kursach pisania, muszą polec w starciu z powieścią tej klasy. To nie jest literatura popularna i może właśnie dlatego cieszy się zasłużonym uznaniem.

Hidźra zaniosła swoją zranioną samotność na cmentarz. Opuściła grupę dającą jej schronienie i urządziła się całkiem wygodnie. Z czasem tworzy coś w rodzaju domu, gdzie więzy niemalże rodzinne łączą porzuconych, odrzuconych, wyklętych. Jak nazwać społeczność wyrzutków społecznych? Gdy margines się rozszerza, czy nadal jest marginesem? Większość bohaterów zbuntowała się przeciwko swojemu najniższemu miejscu w społeczeństwie. Mieli wybór, mogli podporządkować się i skończyć tak samo, tylko szybciej. To nie bunt sprawił, że byli traktowani okrutnie. Nie chcą piąć się wyżej na drabinie społecznej, drabina społeczna nic ich nie obchodzi. Chcę w tej książce widzieć opowieść o więziach wykluczonych, wiedząc, że to dzieło o mechanizmach aparatu władzy i opresji.

662059_0003

Niektórzy myślą, że artyści pierwsi widzą zwiastuny tego, co dopiero się wydarzy. Artyści są wrażliwsi, wyczuwają nastroje, obserwują i wyciągają wnioski, które umieją celnie wyrazić. Mogą zmienić bieg zdarzeń tylko dzieląc się swoją wrażliwością. Arundhati Roy otrzymała Nagrodę Bookera za swoją pierwszą powieść, „Bóg rzeczy małych”. W skrótach jej biografii niektórzy piszą, że „Bóg rzeczy małych” zapewnił jej niezależność finansową – jakby to było coś złego, jakby ona nie miała prawa do sukcesu. Międzynarodowe wyróżnienie dostrzeżono też w Indiach, została pupilką, zyskała popularność. Niedługo później zmienił się rząd w Delhi, wzrosły nastroje nacjonalistyczne, dokonano próby broni atomowej. Autorka powieści o wykluczonych nie weszła w rolę maskotki, zachowała autentyzm i swój własny głos. W świecie poprawności, nie urażania nikogo i okrągłych formułek bez znaczenia to zasługuje na nagrodę jeszcze bardziej, niż warsztat literacki. Pisarka mówi, że dziś przeszłość jest najtrudniejsza do przewidzenia, bo historia to tylko fake news. Przez 20 lat publikowała głównie eseje, kontrowersyjne, szeroko dyskutowane i źle przyjmowane nie tylko nad Gangesem. Zachód wciąż przyjmuje postać Mahatmy Gandhiego bezkrytycznie, nie wgłębiając się w to, co nazywa lokalnymi niuansami. Roy przypomina, że ojciec narodu był zwolennikiem systemu kastowego i jego myśl polityczna wymaga rewizji, bo nie odpowiadana dzisiejszym realiom, potrzebom, dynamice zmian na świecie. Dwadzieścia lat to długo. W tym czasie pisała o ochronie przyrody, kobietach, wykluczeniu, dystrybucji dóbr (czy jak to się nazywa) i o wojnach, zwłaszcza tej w Kaszmirze. Każdy problem dotyczy kogoś, danej osoby i jej życia. Subkontynent indyjski to ogromny obszar, w którym ogniskują się problemy dotyczące bezpośrednio ponad miliarda ludzi. Zaangażowanie społeczne nie jest mniej ważne niż literatura. Dzięki rozgłosowi i sukcesowi jaki osiągnęła powieścią „Bóg rzeczy małych” jej głos jest słyszalny. Jej literatura nie jest produktem, jest dziełem. Dyskusje o jej książkach sprowadzają się do ich problematyki i poruszanych zagadnień. Treść porusza tak bardzo, że nie zauważamy przemyślanej konstrukcji, trafnego języka, ciekawego sposobu ujęcia. Forma schodzi na dalszy plan i w odbiorze zanika zupełnie. Może to osiągniecie, może to jak komplement „ładnie wyglądasz”, o tyleż cenniejszy niż „ładna sukienka”.

Jako swój język literacki wybrała angielski. Mówi, że na okładce „Ministerstwa niezrównanego szczęścia” powinno być napisane: zebrała i przetłumaczyła z języków oryginalnych Arundhati Roy. W powieści pobrzmiewa urdu, hindi i inne języki. Pisarka jest wielojęzyczna, ma kilka języków ojczystych. Pytana o to, jakie to doświadczenie odpowiada – nie wiem, nie mam porównania, nie znam innego doświadczenia. Kiedy nie wie, jak coś ująć, zaczyna pisać, notować – na skrawku, na serwetce. Pisanie jest dla niej uczeniem się, a nie nauczaniem innych – po polsku mogłaby to być z tego zgrabna gra słów. „Piszę o tym, o czym się uczę, a nie o tym, czego nauczam”. Z wykształcenia jest architektką urbanistką. Kiedy wyślę do wydawcy drugą powieść, mottem będzie jej zdanie: „Pierwsza powieść to budynek, druga powieść to miasto”.

Tłem „Ministerstwa…” jest podła dzielnica w Delhi, chociaż część wydarzeń dzieje się w Kaszmirze i Gudżaracie. Czytam kolejną książkę o Indiach i widzę, jaka byłam naiwna. Kast jest dużo, bardzo dużo. Podział na 5 jest ogromnym uproszczeniem – 5 jest pięter, poziomów, ale w obrębie jednego poziomu istnieją dalsze podziały, podpodziały. Jeśli chce się kogoś wykluczyć, ta chęć wystarczy, pretekst się sam znajdzie. Po traumie bohaterka ma włosy siwe do połowy długości. Myślałam, że jak ktoś siwieje w jedną noc, siwieją mu wszystkie włosy, te, które ma. Może w Indiach opowiada się inną wersję tej historii. Rudy, piaskowy kocur nazwany jest imbirowym. To piękne, gdy nadajemy kolorom nazwy od tego, co znamy. Przyjmuję imbirowego kocura do mojego słownika.

Poruszające książki zawsze są trudne, poruszenie jest trudne, trudno dać się poruszyć. Autorka nie ułatwia i chwała jej za to, docenia swoich czytelników. Chronologia w powieści nie istnieje. Ułożyć wydarzenia na osi czasu, zwłaszcza dotyczące wojny w Kaszmirze to zadanie dla kopciuszka. Bohaterów jest dużo, mają obco brzmiące imiona i miana, prawie jak w powieściach rosyjskich. Ktoś występujący pod jednym imieniem później nazywany może być trochę inaczej. Postaci są wyraziste, więc kiedy już wiadomo, kto jest kim, imię się nie liczy. Młody Indus przyjmujący ksywę Saddam Husajn wyraża tym wszystko, bez zbędnych słów. Realni politycy też występują pod przezwiskami: „Królik w potrzasku”, „Premier poeta”.

Publikacja powieści w tłumaczeniu na hindi jest zaplanowana na „przed wyborami”. Opisany w książce premier ma kampanię na głowie, raczej nie zabierze głosu w sprawie literatury. Kiedy Twój wydawca planuje publikację książki w zgodzie z kalendarzem wyborczym i tego, co premier powie wiedz, że państwo stacza się w stronę, z której nie ma odwrotu. W podziękowaniach pisarka wspomina osobę „…dzięki której nie trafiłam do więzienia – na razie”. To zdanie wywołuje ciarki na plecach. W powieści wojownik kaszmirski mówi do oficera – możecie nas wszystkich oślepić, ale wy nadal będziecie nas widzieć. Wojna zmienia zwycięzców, z wojny żadni zwycięzcy nie wychodzą bez szwanku. Odbiór w Indiach jest sporny. Żaden Indus, którego 2 lata temu pytałam o książkę indyjską, nie wspominał o Roy. Może dlatego, że minęło kilkanaście lat od publikacji jej powieści, a może przez wzrost nastrojów nacjonalistycznych.

Chciałabym, żeby problemy społeczne szybko się dezaktualizowały, żeby udało się je rozwiązywać. Zrezygnowałam z czytania „Boga rzeczy małych”, bo książka wydana 20 lat temu może być przestarzała. Obawiam się, że „Ministerstwo…” za 20 lat nadal będzie aktualne, nawet jeśli wojna w Kaszmirze kiedyś się skończy. Czy ponadczasowość dzieła oznacza, że nasze, ludzkie problemy są ciągle te same?

Egzotyka jest dobrym towarem eksportowym. Na spotkaniu z autorką każdy z czytelników zadając pytanie, mówił o sobie. Ja też zauważałam w książce wzmianki o ofiarach katastrofy w Bhopalu – miasta, które odwiedziłam. Arundhati Roy punktuje i piętnuje zagrożenia, jakie niesie globalizacja, a to pośrednio dzięki niej trafiła do odbiorców spoza swojego kręgu kulturowego. My na Zachodzie przyjmujemy jej argumentację, bo my tu nie mordujemy sąsiadów z tej samej wsi, bo to nie o nas. Coś nas łączy, ale wciąż nam się wydaje, że nas to nie dotyczy, że my jesteśmy ponad to. My, oni – kolejny podział, kolejna wojna?

Mocne słowa budzą emocje. Arundhati Roy pewnie się boi, ale się nie waha. „Gdy ktoś usiłuje zdyskredytować ludzi, którzy zadają ważne pytania, jako rozemocjonowanych, to jest to strategia unikania debaty. Dlaczego mielibyśmy bać się swojego gniewu? Dlaczego mamy obawiać się swoich uczuć, jeśli są poparte rozumem? Całe to zestawienie rozum kontra namiętność jest idiotyczne, bo namiętność często bierze się z rozumu.” Znajduje nie tylko trafne słowa, znajduje też odwagę, by ich szukać.

Miałam czytać o Indiach, miała być odległa książka, bezpieczny dystans. Kluczem do dobrej literatury nie jest ponadczasowość, ale uniwersalność przeżyć. Ująć to, co czuje nie tylko autorka. W Kaszmirze słuchają tej samej muzyki, chociaż Las Konen przecież bywał na moim osiedlu:

„– Czy mogę ci puścić piosenkę kaszmirską?
– Nie, człowieku, dzięki. Nie jestem kaszmirską nacjonalistką.
– Szybko się nią staniesz. Wystarczą trzy, może cztery dni.
– A to czemu?
– Wiem, że tak będzie, ponieważ cię znam. Kiedy zobaczysz to, co zobaczysz, i usłyszysz to, co usłyszysz, nie będziesz miała wyboru. Ponieważ jesteś sobą.
– A cóż to, będzie jakaś zbiórka? Na której dostanę jakiś stopień?
– Tak, a ty zdasz celująco. Znam cię.
– Wcale mnie nie znasz. Jestem patriotką, dostaję gęsiej skórki, gdy widzę flagę narodową, staję się tak emocjonalna, że nie potrafię logicznie myśleć. Kocham flagi i żołnierzy, i całą tę hecę związaną z maszerowaniem. Co to za piosenka?
– Spodoba ci się. Przewiozłem ją przez godzinę policyjną. Napisana została dla nas, dla ciebie i dla mnie, przez faceta, który nazywa się Las Kone. Z mojej wioski, spodoba ci się.
– Jakoś dziwnie jestem przekonana, że nie.
– Spróbujmy. Daj mi szansę.
Musa z kieszeni pheranu wyjął płytę CD i włożył ją do odtwarzacza. Po kilku sekundach wstępnych akordów na gitarze Tilo szeroko otworzyła oczy.

Wędrowna pani, zostań tu
Nim noc dobiegnie końca
Przystankiem jestem w drodze twej
Lecz wcale nie kochankiem.

– Leonard Cohen.
– Tak, który nawet nie wie, że tak naprawdę jest Kaszmirczykiem. A jego prawdziwe nazwisko to Las Kone…

Ze śnieżną panną żyłem, gdy
Nosiłem strój żołnierski
Walczyłem dla niej z każdym, aż
Mróz nadszedł trzaskający.

Nosiła włosy tak jak ty,
Z wyjątkiem chwil, gdy spała,
Z oddechu, dymu i ze złota
Tkaninę ręcznie tkała.

Dlaczego tak spokojnie dziś
Stanęłaś na mym progu?
Sama wybrałaś podróż tę,
Nim weszłaś na tę drogę.

– Skąd wiedział?
– Las Kone wie wszystko.
– Czy ona też nosiła włosy tak jak ja?
– Była cywilizowaną osobą, Babadźana. Nie maet.”

Arundhati Roy, Ministerstwo niezrównanego szczęścia, tłumaczył Jerzy Łoziński, Poznań 2017.

Haruki Murakami, Śmierć Komandora: jestem targetem

Haruki Murakami jest stale obecny w kulturze, o nim się „słyszy”. Nie do wiary, że od polskiego wydania jego poprzedniej powieści minęło już pięć lat. W międzyczasie ukazał się zbiór opowiadań i zbiór esejów, a ja sięgnęłam też po jego pierwszą opowieść. Miała to być pierwsza powieść ze wszystkimi tego ograniczeniami, a wywarła na mnie większe wrażenie, niż planowałam. W literaturze zaskoczenia oceniam najwyżej, dlatego po tej lekturze Murakami zyskał w moich oczach. Z tej perspektywy przyprawionej dystansem jego ostatnie dzieła, książkę „Bezbarwny Tsukuru Tazaki i lata jego pielgrzymstwa” i opowiadania z tomu „Mężczyźni bez kobiet” również pamietam jako dobrą, potrzebną rozrywkę. Tak, tym razem ja też czekałam na jego nową powieść, jak jakaś kawaii grouppie. Kupiłam wydanie na papierze w przedsprzedaży i dostałam połowę książki. Wydawnictwo podzieliło powieść na tomy, a mi ta informacja umknęła. Dałam się nabrać, poznałam opowieść do połowy i czuję się, jakbym była targetem, grupą docelową, jakby do mnie kierowano te drogie kampanie celowanej reklamy. Brawo, osiągnęliście Państwo doskonałe wyniki sprzedażowe, przy okazji zniechęcając mnie na przyszłość do nieostrożnego kupowania nowości od razu, pod wpływem impulsu.

smierc-komandora-pojawia-sie-idea

Po sieci krąży taki obrazek Murakami bingo, przedstawiający motywy, które powracają w jego powieściach. Ostatnio czytałam, że Wiesław Myśliwski pisze tak, jakby pisał ciągle jedną, tę samą książkę. Pisząc powieści czerpie się z siebie, swoich doświadczeń, lektur, wszelkich zasobów. Przybywają nowe, ale stare nie znikają, tylko są mniej widoczne pod tym, co aktualne. W „Śmierci Komandora” widzę, jak Murakami się zmienia i rozwija. Mimo powracających elementów wymienionych w bingo łapałam się na myśli, że to chyba nie jest Murakami, że coś się u niego zmieniło, że kiedyś napisałby to inaczej. Czyli wciąż poszukuje, czyli możemy liczyć na kolejne dzieła – nowe, inne.

Snider-sub-custom1-2

Jeden z bohaterów powieści studiował w Wiedniu w przededniu II wojny światowej. Murakami tłumaczył powieści Johna Irvinga, pewnego ranka pobiegli razem w ramach porannego treningu. Wiedeń zapewne po prostu pasował do fabuły lepiej niż jakiekolwiek inne miasto, to zbieg okoliczności, że Irving. Lubię takie zbiegi okoliczności. Może nicnieznaczące, a może bardzo ważne.

Nie spodziewałam się u niego odwołań do dawnej kultury japońskiej. W powieści ważną rolę odgrywa opowiadanie ze zbioru Akinari Ueda „Po deszczu przy księżycu”. Polski wybór kilku z tych XVIII-wiecznych tekstów ukazał się w 1968 roku i wciąż się na niego czaję. Murakami musi to znać, przecież zdobył japońskie wykształcenie, ale jakoś dotąd o klasykach nie wspominał. Bardzo „japońskie” w stereotypowym, dawnym wydaniu jest obserwowanie natury i spostrzeżenia dotyczące pór roku. Główny bohater stwierdza, że pogoda nic dla niego nie znaczyła gdy mieszkał w mieście. W nowym domu to się zmieniło. Autor czerpie garściami również z europejskiej klasyki. Odwołania nie tylko do Mozarta są tak częste, że proszą się o przypisy. Może dziś to już światowa klasyka, a nie tylko europejska? Balansuje albo wręcz lawiruje między japońskością a Zachodem, tak, że każdy znajdzie w powieści coś swojskiego i coś egzotycznego. Chwilami, mimochodem, z bohatera – narratora wychodzi Japończyk. Za każdym razem, gdy sąsiad wita go uściskiem dłoni, bohater dziwi się i niepokoi. Nie mówi, że przecież tak się witają Amerykanie, a nie Japończycy. Nie musi tego mówić, dla pisarza to oczywiste.

Specyfikę miejsca najlepiej widać w małych zachowaniach, nawykach, gestach. Fabuła dotyczy między innymi zamawiania portretów, główny bohater jest malarzem. Prezesi firm zamawiają swoje portrety do biur i gabinetów. Dziwi mnie to, czy to jakiś lokalny odpowiednik galerii przodków połączonej z ilustracją przysłowia „pańskie oko konia tuczy”? Inni ludzie na swoje portrety reagują różnie. Narrator mówi, że byliby zawstydzeni. Opisuje obraz przedstawiający intymny moment i dodaje, że kobieta sfotografowana w tej sytuacji czułaby się zakłopotana. Przed oczami stają mi czeluście internetu, dark web i tak bardzo się cieszę że czytam współczesną książkę o bohaterze, który nie ma pojęcia, co tam można znaleźć. Myślałam, że kobiety zakłopotane faktem, że ktoś chce im zrobić zdjęcie, wyginęły.

Bohaterowie czasem czegoś nie wiedzą, pytają się nawzajem. Nowe informacje są wprowadzane za pomocą wykładów. Narrator mówi, że nie orientuje się w tradycjach buddyjskich, i wtedy jego sąsiad zaczyna wykład. I tak kilkakrotnie, w odbiorze całości, a raczej całej pierwszej części, jest to nużące i powtarzalne.

Malarstwo, zwłaszcza portretowe, budzi zainteresowanie. To prawie jak magia, oddać na papierze czyjąś podobiznę. Poruszanie popularnego, nośnego tematu to spacer po kruchym lodzie. Odbiorcą jest masowy czytelnik, a nie profesjonalista. Czas na research ograniczają terminy w wydawnictwie. Ważne, by opisywać nie to, jak jest naprawdę, ale to, jak ludzie sobie wyobrażają tajemnice. By nie rozwiewać ich złudzeń. Żeby po przeczytaniu mogli powiedzieć: no proszę! Tak myślałem! Murakami bardzo ciekawie podszedł do nowego dla swoich powieści tematu. Nie rozwodzi się nad szczegółami, pisze: podmalówka i żadnych tłumaczeń, pisze: płaski pędzel i wyobrażamy sobie resztę. Ładnie opisał różnicę między „rysunkiem” a „szkicem” – rysunek jest do czegoś, służy jako plan obrazu, projekt dalszej pracy, a szkic to notatka, luźny zapis wrażenia.

Na tablicy Murakami bingo pojawia się dziwny seks. W tej książce seks jest swobodniejszy niż w innych jego książkach. Zwróciłam uwagę na ten wątek (wątki?) zanim zobaczyłam schemat bingo. Takie odniosłam wrażenie, że tu pisarza poniosło, ale właściwie nie pamiętam wielu jego książek z seksem. Skoro ktoś umieścił to na bingo, a inni podchwycili, pewnie te wątki pojawiają się w „Kafka nad morzem” i „1Q84” – tych książkach, których nie czytałam, albo w „Końcu świata…”, którego nawet nie pamiętam. Ciekawa jestem, co będzie w tym drugim tomie. Ech. „Ciekawość zabija nie tylko koty”.

To ostatnie zdanie to początek rozdziału. Każda zaczyna się nadtytułem, bez kropki na końcu. Prawie jak zdanie, ale zawieszone i wyrwane z kontekstu. Pamiętam ten zabieg w „Śniegu” Orhana Pamuka, sprawdza się bez pudła. Czytelnik wyłapuje te słowa, czeka na ich oprawę, wyobraża sobie znaczenie. A ja nawet w notce na bloga nie umiem wybrać pogrubień.

Haruki Murakami, Śmierć Komandora, przełożyła z japońskiego Anna Zielińska-Elliott, Warszawa 2018.