Wszystko przez tę sukienkę

To ta sukienka, to na pewno ta sukienka. Mój domowy „kostium”, moje domowe „przebranie”, moja domowa „charakteryzacja”, „toaleta”, „outfit”. Z kołnierzykiem, w groszki na czarnym tle, zapinana na całej długości. To ona zadecydowała o uderzającym podobieństwie. Jakież inne może być podobieństwo?

002 Bydgoszcz 52

Chodzę po domu ubrana w sukienkę w kropki, z guzikami. Zdejmuję gumkę z warkocza, ale nie rozplatam włosów, bo to niepraktyczne. Za każdym razem, gdy przychodzą goście lub niedziela, ścielę świeży, jasny obrus. Mój ulubiony zdobiony jest dyskretnym, kwiatowym haftem na obrzeżach. Nie mogę się powstrzymać, nie próbuję się powstrzymywać, gdy widzę na placu bukiety cynii, astrów, nawet frezji, narcyzów, rzadziej tulipanów. I chociaż ten dworzanin stoi na szafie, a nie na piecu, w mieszkaniu innym niż moje, i chociaż kto inny rozlewa kawę na ten stół, to zdjęcie przedstawia mnie, mimo że to nie ja jestem na tej fotografii.

Buntuję się. Nie chcę powielać historii, która nie jest moja. Ale sukienka wygodna, kwiaty lubiane, serweta oswojona przyzwyczajeniem. Jedyne, co mogę zrobić by odróżnić się od obrazu, to zmienić fryzurę.

Moja babcia ścięła warkocze dwa lata po chwili utrwalonej na tym zdjęciu. Uznała, że nie wypada tak dłużej. Do końca życia zachowała krótką fryzurkę. Wspomnienia o warkoczach wypełniały wszystkie opowieści o jej młodości. Te o pradziadku (mówiła o nim tatuś), który nakazywał dbać o nie, stosować płukanki i napary. Te o dziadku, który w warkoczach się zakochał i opiewał w listach. Te o przedstawieniu, w którym grała Polskę i tylko z tej okazji mogła włosy rozpuścić.

Gdy patrzę na to zdjęcie czuję się tak, jakby moje losy już się wydarzyły. Jakby wszystko było już ustalone, powiedziane, wykonane. Jakby nie czekały na mnie żadne zaskoczenia. Czy muszę rozbijać dworzanina, porąbać stół, sprzedać obrus na allegro, by każdy dzień był niespodzianką? A może w następnym niepozornym pudle znajdę inne zdjęcie, które przyniesie kolejną zadziwiającą inspirację?

Zapomniane słowa: pamięć pamięta o pamięci

Czytanie jest ważniejsze od pisania, bo pisanie bez czytania to tylko kreślenie znaków. Zanim napisze się choćby akapit, trzeba pochłaniać słowa, by następnie poskładać je w nowe frazy i nadać im nowy sens. Niektórzy piszący, podobno, nie czytają, gdy są na etapie zapisywania myśli i emocji swoich bohaterów. Z obawy, że przejmą nie swój rytm zdań, odkładają książki i wyłączają czytniki. Czyżby nie wiedzieli, że pierwszy zapisany dla rozpisania akapit zawsze trzeba wyrzucić?

Ostatnio piszę bez przerwy. Na szczęście pewna aplikacja w telefonie umożliwia mi to, bez szkody dla mojego bezpieczeństwa, gdy poruszam się komunikacja miejską – na przykład. Piszę inaczej niż dotąd. Nie zaczynam od zdania, słowa, tego, co Joanna Bator nazwała zahaczką. Zaczynam od samego centrum akcji, od nagromadzenia uczuć i zdarzeń, a początek dopisuję, gdy skończę. Mam całą listę zasłyszanych zbitek i w dobrym dla nich momencie użyję ich bez wahania. Jeszcze nie wiem, kto może być „szybki jak zaskroniec”, ale już wiem, co za „miglanc sprzedawał wiatr”.

Miglanc. Co właściwie oznacza to słowo? Czy to ktoś, kto się miga? Trochę urwis, trochę ancymon, trochę – po krakowsku – antek? Anda Rottenberg napisała w książce „Zapomniane słowa”, że miglanc to inaczej sprzedawca wiatru. Przeczytałam i pociemniało mi przed oczyma, a jednocześnie rozjaśniło mi się w głowie. Po łacinie mówi, mówiło się, „sprzedawca dymu”. Po hiszpańsku też chyba była taka fraza – gdzie to, jak to sprawdzić? Kogo zapytać? Pustka. A jednak, do mojego nieocenionego nauczyciela hiszpańskiego mam bliżej niż do osób, które na co dzień posługują się słowem miglanc. Tacy ludzie słów już nie potrzebują.

zapomniane

„Zapomniane słowa” to zbiór esejów. Nie ma tytułów, jest tylko jedno słowo lub wyrażenie. Ze swoich tęsknot zwierzają się nam różni ludzie. Potraktowali temat niekoniecznie poważnie. Mariusz Szczygieł przywołuje słowo „hecny”, a Joanna Szczepkowska „jak bonie dydy”. Eseje są kilku stronicowe lub długie zaledwie na akapit. To, co je łączy, to nostalgia za nazywaniem rzeczy po imieniu. Jeśli dziś nikt nie używa zwrotów gwarowych wypartych przez oficjalną polszczyznę, albo jeśli znaczenie jakiegoś słowa nieco się zmieniło, jeszcze trudniej jest nam się porozumieć, dogadać, nawet używając jednego języka. Jan Miodek przywołuje tu wyraz „owszem” w znaczeniu „co więcej”, „tak i jeszcze trochę”. Wyłapał to z przemówień Jana Pawła II. Z jaką starannością musiał studiować teksty i ich język! Jak bardzo nieuważnie, na autopilocie wręcz, mówię ja…

Te przywołane słowa występują w książce jako nośniki wspomnień, a nie nośniki znaczeń. Dużo jest opowieści o dzieciństwie i młodości. To zrozumiałe, przecież szukamy słów, które są zapomniane, a starsi ludzie pamiętają dłużej. Z drugiej strony, gdy Olga Tokarczuk wspomina dziadka klnącego „psiakrew”, niezależnie od urody i uroku samego tekstu, wydaje mi się to trochę nieuprawnione. Jakby pamięć była zarezerwowana dla pokolenia jej rodziców. Przyznaję się tu do myśli, której sama nie popieram.

W tych esejach pojawiają się wtręty językoznawcze. „Łapserdak” jest rozłożony na głoski i okazuje się, że to nie złodziej łapiący za serdaki, ale biedny żyd, który ma jednie swój modlitewny tałes. Dużo jest odwołań do tych słowników, zawsze tych samych. Jaka wielka jest w takim razie moc wydanej książki. Pokolenia później te kilka zapisanych sylab stanie się podstawą dowodzenia twierdzeń.

Ogrom miejsca przeznaczono na przekleństwa. Taka kulturalna książeczka, a tu z jednej strony narzekania (słuszne!) na zanikanie obelg, a z drugiej strony słowa mało parlamentarne padają. Mnie to nie smakuje. Mnie – tak mówi moja mama. Dla mnie, na początku zdania przeczącego wystarczy „mi”. Może się mylę, a może język już przegalopował przez ten zaimek?

W opowiadaniu o „VHS” Agnieszka Wolny – Hamkało zwierza się z pierwszego oglądanego filmu pornograficznego. Opis tegoż opuściłam, historyjka jest zgrabna, ale nie pada w niej żadne uzasadnienie, odpowiedź na pytanie – po co to pamiętać? Miał to być zbiór o słowach, które niczym Gałczyński, chcemy ocalić od zapomnienia. Tak to zrozumiałam, może nadwrażliwie. Tymczasem, być może, pamięć jest wartością sama w sobie, niezależnie od pamiętanych treści?

Książkę wydano w roku 2014, otrzymałam ją na Boże Narodzenie, przyniósł mi ją Gwiazdor. Czy „Gwiazdor”, w znaczeniu innym niż celebryta, to zapomniane słowo? Piszący, autorzy, mówią o różnych sprawach – schamieniu, zubożeniu, łatwiźnie w mowie i piśmie. Wojciech Nowicki tęskni za listem, na przykład. Minęły niespełna 3 lata, a nasz jeżyk zmienia się jeszcze szybciej. To fascynujące. Nie wiedziałam, że „krygować się” pochodzi od krygu, czyli od tego koła, które mocuje się koniu w nozdrzach. Antoni Krohu – dziękuję!

Braterstwo to nie to samo, co przyjaźń. Braterstwo zakłada pewną równość między braćmi i nierozerwalność więzów krwi. Kiedy kilka lat temu ZHR tworzył opis swojej misji, zamiast braterstwo napisano przyjaźń, bo „braterstwo to nasze wewnętrzne słowo”. Zanika, czy tak samo zanika jego znaczenie?

Wiele jest słów, które mijają. Chwat, krewki, krzepa, huncwot, gramolić i tak w nieskończoność. Niektóre porzucam bez żalu. Innych używam ku własnej i innych uciesze. Gdybym mogła dopisać jeden wyraz, którego znaczenie chciałabym ocalić, byłaby to obowiązkowość.

Zapomniane słowa, pomysł i redakcja Magdalena Budzińska, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2014.

Lukas Barfuss, Koala: potęga literatury

Książka jest nowością tylko przez czas do następnego kliknięcia. Przewijając informacje rzadko zatrzymujemy się nawet na tę chwilę, by zrobić zrzut ekranu, by zapisać tytuł, który chcemy przeczytać. Zwłaszcza, że półki wciąż uginają się od tych nieprzeczytanych, odłożonych na później. To nie książek brakuje, ale czasu.

Łatwo było przegapić tę książkę, zbyt łatwo. Żadnej nachalnej reklamy, wyskakujących okienek, bombastycznych haseł. Trudno książkę o samobójstwie rozpowszechniać z głośnym krzykiem że jest naj…, że koniecznie, że trzeba. Pytanie, czy rzeczywiście jest to książka o samobójstwie właśnie.

koala-barfuss_okladka-376x600

Lukas Barfuss jest dość młodym (ur. 1971), szwajcarskim pisarzem. Zadebiutował mocnym dziełem pod tytułem „Sto dni”, w którym zastanawia się, czy Europa mogła zapobiec ludobójstwu w Rwandzie. (Nie czytałam, powtarzam to po mądrzejszych, którzy czytali). Po takim temacie oczekiwania wobec twórcy z pewnością były ogromne. „Koala”, druga powieść, wydaje się skromna i spokojna. Narrator stracił brata i próbuje dociec, dlaczego. Probuje dociec przez jakieś 20 – 30 stron, a później zaczyna się prawdziwa literatura. Mocna i bardzo aktualna, taka, jaka ma moc zmieniania świata, bo komentuje głośno to, co my ze światem robimy.

Samobójcy nadano w drużynie przydomek koala. Chłopiec chciał uzyskać totem kojarzący się z potęga lub budzący pozytywne skojarzenia. Opisane jest to w ten sposób, jakby odczuwanie lęku było dobre. Chłopcy, którzy poddają kolegę rytuałowi przejścia, nazywani są zasrańcami. Użyłabym słowa gówniarze, ale to akurat bez większego znaczenia. Przekroczyć własny strach i obrzydzenie, by zostać nazwanym koalą… to musiało budzić rozczarowanie i takie uczuce opisane jest bezbłędnie.

Podobnie, doskonale opisana jest cisza, jaka zapada, gdy przy stole na przyjęciu, imprezie, pojawi się temat samobójstwa. Na początku, po śmierci brata, każdy przypomina sobie, że miał takiego krewnego… krewną… znajomą… kogokolwiek… oferując jednocześnie swoje wsparcie. Jednak gdy narrator przychodzi porozmawiać, temat jest ucinany, przemilczany, zamiatany pod dywan. Ani słowa w żadną stronę.

Kolejny wątek to Australia i jej podbój. Narrator przedstawia, jak wydzierano koali coraz większy obszar z jej terytorium. Katalogowanie wykroczeń, bo przecież nie zbrodni, wyszczególnianie kto dostał ile batów czy ile lat wygnania za niewielkie przecież przewinienia (typu kradzież pary kalesonów) napawa zgrozą. Tak usiłowaliśmy my, ludzie, my, ludzkość, uporządkować świat? Wyrzucając, piętnując, bijąc, wieszając tych, którzy przekroczyli jakiekolwiek normy? Kary bez żadnej hierarchii, okrutny zamordyzm, opisane są jak lista zakupów. Brakowało mi tu trochę dokładnej wiedzy o geografii Australii, ale gdyby autor poświęcił temu jeszcze więcej uwagi, sens zginąłby w powodzi braku znaczeń.

Sensem jest ambicja. Ambicja, dodajmy, rozumiana jako coś negatywnego. Dążenie, by podporządkować, pokonać, ujarzmić. To musi się dla kogoś źle skończyć, na przykład dla koali. Co, jeśli ktoś nie chce się ścigać? Co wtedy? Sam zapisuje się na marginesie, a margines się kurczy. Co wtedy, co robić?

Autor odpowiada. Ostatnie słowa książki (spojler) to „zabrałem się do pracy”. Ratunek w działaniu, w potrzebności, w czynie, a aktywności. Narrator jest pisarzem, być może praca oznacza tu tworzenie, być może ukojenie niesie literatura. Według mnie taka interpretacja to nadużycie, a praca, o której mowa, oznacza przeciwieństwo bierności, nic więcej. Wcześniej narrator długo rozważa, czy ta praca ma jakikolwiek sens, a jednak trzyma się jej. Przeciwne stanowisko oznacza wybór brata, oznacza samobójstwo.

Mam jedną tylko obawę wobec tej książki. Czy to przesłanie się nie zdezaktualizuje? Czytelnicy z przyszłego pokolenia, czy ich przekonają nasze rozterki i zawieszenie między biernością, pracą, która nie przynosi nikomu pożytku i brakiem odpowiedzi? A może… Może oni znajdą własne rozwiązania? „Koala” chyba wbrew zamiarowi autora, dodaje mi wiary w ludzkość.

Lukas Bärfuss, Koala, przekład Arkadiusz Żychliński, Wydawnictwo Ossolineum, Wrocław 2017.

Oszczędzajcie filipinki!

Kiedyś myślałam, że to hasło oznacza – uważajcie na młode dziewczęta, traktujcie je lepiej, ostrożniej. Tymczasem „filipinka” w Powstaniu Warszawskim oznaczała granat ręczny. Lekki, w sam raz dla dziewcząt. Nazwa filipinka pochodziła od pseudonimu żołnierza, który go skonstruował. Filipinka, gazeta, ukazywała się od 1957 roku.

Czytając pierwszy raz w życiu o Powstaniu Warszawskim nie mogłam tego wiedzieć. Miałam 15 lat, a książka „Pełnić służbę” była akurat dostępna w wojewódzkiej bibliotece. Zadanie na kolejny stopień harcerski. Zgroza, niedowierzanie, lawina pytań, na które moja drużynowa nie znałaby odpowiedzi. Są pytania, których nie ma komu zadać.

Dziś nie da się opisać towarzyszących mi wtedy emocji. Dziś śpiewamy powstańcze piosenki. Dziś, pewnie po raz ostatni czy przedostatni, oddajemy hołd powstańcom. Dziś pamiętamy o ofiarach. Rozliczanie dowódców zostawmy na jutro.

Jutro… Plan Polski Podziemnej obejmował dziś – jutro – pojutrze. Dziś przygotowanie do walki, jutro walka, pojutrze budowanie wolnego kraju.

Dziś jest pojutrze. Warto przypominać wszystkim, którzy chcą rzucać granaty.

granat-filipinka,468,maly

Natsume Soseki, Światło i mrok: o co chodzi w małżeństwie

My, ludzie Zachodu, szukamy podobieństw. Szukamy tego, co znamy nawet w tym, co dalekie.

Tokio jest już po epoce przełomu, ale nowość jest wciąż jeszcze świeża. W takim mieście mieszka młode, ale już okrzepłe w swoich rolach małżeństwo. Onobu i Yoshio Tsuda (Tsudowie? :-) utrzymują się z pracy męża oraz sumy przysyłanej co miesiąc przez jego ojca. Wszyscy wokół uważają, że ich życie jest rozrzutne. Szczególnie szwagierkę mierzi wykwintny pierścionek na palcu Onobu. Może to tylko zazdrość, ładnej szwagierce jej bogaty mąż nic takiego nie podarował. Mąż musi iść do szpitala na jakiś dość prosty zabieg, wymagający jednakże kilkudniowej hospitalizacji. Ojciec listownie poinformował, że tym razem pieniędzy nie przyśle. Nad parą zawisły problemy, być może pierwsze, jakim muszą stawić czoła we wspólnym życiu. Zamotani w relacje z szefem, wujkiem, kolegą, usiłują sobie radzić. Do tego dochodzi myśl, że być może nie są ze sobą tak blisko, jak myśleli do przed chwilą.

Screenshot_2017-07-30-19-52-27

Japończyków zawsze spowija cała pajęczyna więzi. Mają zobowiązania powzięte i wyimaginowane. Niektóre wynikają z przyzwoitości, z tego, jak rozumieją ową przyzwoitość, inne z oczywistego ładu społecznego. Czytając „Światło i mrok” trzeba pamiętać o realiach czasu i miejsca. Bez tego nie sposób bohaterów zrozumieć. Każdy musi zachowywać się inaczej wobec siostry, inaczej wobec żony. Nie do końca jest to oczywiste, zmieniają się gesty, słowa, nawet samopoczucie. W każdej ze scen postaci ukazują nam się z trochę innej strony. Trochę inaczej postrzegamy ich twarze i ich zachowania.

Każde zmarszczenie brwi i każde krzywe spojrzenie jest w powieści dokładnie opisane. Dowolny wykładowca kreatywnego pisania czytając tę książkę dostałby zawału wznosząc okrzyk, że „tak się nie da pisać”. Raz jeszcze wracamy do realiów. W Japonii tego czasu nikt tak nie pisał. Nikt nie opowiadał o emocjach, jakie towarzyszyły bohaterom. Nikt drobiazgowo nie zatrzymywał się nad ich uczuciami. To było coś, co należy schować, ukryć, zapomnieć. Prawie, można powiedzieć, coś wstydliwego. A tu nagle emocje bohaterów są równie ważne, jak powodujące je wydarzenia. To musiało być coś! Nie wiem, czy „Światło i mrok” odniosło w swoim czasie sukces. Soseki nie ukończył książki. Jeszcze 21 listopada 1916 planował pisać przez kolejny rok, zmarł niespełna trzy tygodnie później. Autor niepokoił się, że książka staje się coraz dłuższa, nabiera objętości. (Czyli nie pisał zgodnie z wytycznymi z kursów kreatywnego pisania, być może sam nie znał zakończenia!)

Czytając nie mogłam pozbyć się myśli, że to książka pisana z myślą o zachodnim czytelniku. Czyżby Soseki chciał tym dziełem podbić świat i wpisać się na stałe w kanon literatury światowej? Natsume Soseki jest stałym gościem na moim blogu. (Pojawi się jeszcze przynajmniej raz, gdy wreszcie skończę „Wrota”. Czyli niedługo.). Jego zasługi dla uwspółcześnienia literatury japońskiej są nie do przecenienia. Czytając poprzednie jego książki nie czułam tego tak bardzo. „Światło i mrok” to jego ostatnia powieść, być może najbardziej nowatorska, być może dlatego taka trudna.

Niełatwo czyta się roztrząsanie każdego gestu, słowa, spojrzenia i jego braku. To dopiero początki powieści psychologicznej. Wtedy jeszcze nikt nie wiedział, jak sygnalizować to, co może pozostać niedopowiedziane. Uwielbiam japońskie opisy, ale raczej przyrody niż medycyny czy szczegółowe zatrzymania nad tym, jak ona siedząc patrzyła na swoje ręce. Jest pod koniec taka scena, gdy kobieta obiera jabłko, a Tsuda ją obserwuje. Ach, Kawabata, ten by umiał to opisać! Ale nie byłoby takiego Kawabaty bez takiego Sosekiego.

O co chodzi w małżeństwie, to wie tylko zaangażowana w nie para. „Światło i mrok” doskonale obrazuje, że jesteśmy poruszani przez wiele relacji. Mówi się, że Soseki pisał o samotności. Tutaj opisuje, jak bardzo jesteśmy sami w powodzi relacji, jak bardzo wpływamy każdy na każdego. Ta książka przypomina sztukę teatralną, gdzie poszczególni aktorzy wchodzą, schodzą, a i tak zdają się wszyscy obecni jednocześnie. Każdy tu ciagle kogoś gra, ale wydaje się, że pod koniec wreszcie zaczęli zdawać sobie z tego sprawę.

Na koniec drobna uwaga o języku. Kiedyś szukaliśmy polskiego określenia na „tysiąc jesieni jednego dnia”. W tej powieści pojawił się zwrot „siedzieć jak na szpilkach”. Ciekawa jestem, jak to brzmiało w oryginale. Gdybym tylko uczyła się japońskiego… cóż, wtedy pewnie nie miałabym czasu tyle czytać.

Natsume Soseki, Światło i mrok, tłumaczenie z języka japońskiego Barbara Andrasik, Wydawnictwo Psychoskok, Konin 2016

Poza takimi dziwnymi nazwami, jak kubizm i futuryzm, które obiły mu się o uszy, dobiegło go jeszcze kilka innych zagranicznych słów, jakie słyszał po raz pierwszy w życiu.

Miał takie uczucie, jakby nagle powróciło do niego jakieś zapomniane już wspomnienie.

Dlaczego do tej pory nie pamiętałem, że na świecie istnieją i takie miejsca?

Dlaczego właściwie mam się z nią spotkać? Żeby dłużej o niej pamiętać?

Tsuda stwierdził w myślach, że damskie włosy to nie coś, co można tak po prostu sobie upiąć.

Być może ta kobieta rankiem nie pamięta już zaskoczenia z poprzedniego wieczoru.