Maciek, Michał, Pola, Bernard

DSC00017

To nie była ta Gra o Legion, kiedy Michał (na zdjęciu drugi od lewej) zostawił swoje buty w błocie. Michał już tego nie pamięta, ale jego mama tego z pewnością nigdy nie zapomni.

Nic nie pamiętam z gry w marcu 2006 roku. Kto zrobił nam zdjęcie, kiedy, ani jaką wydal komendę, co my właściwie na tym zdjęciu robimy – nie wiem. Widzę, że moje zuchy (czy teraz już mogę przyznać, że to pokolenie to był mój ulubiony zestaw? tu widać tylko mały fragment, byliśmy podzieleni, to znaczy podzieliłam nas na grupy, na potrzeby gry) są zaangażowane i posłuszne, a ja ponad ich głowami patrzę gdzie indziej.

Dziś, w Dzień Myśli Braterskiej wrzucamy stare zdjęcia, śmiejemy się i dziękujemy nawzajem za swoją obecność. Przez pozostałe dni o tym nie myślę, ale gdy szukam pilota na wyjazd do Chin, gdy polecam komuś przewodniczkę po Krakowie, gdy pada pytanie kto mógłby… i tu lista, przewieźć stolik, asystować, zaopiekować się, przypilnować, pomóc – wiem, do kogo mogę się zwrócić. To nie są przyjaciele ani przyjaciółki, z wieloma z nich nie rozmawiałam, odkąd zdjęłam mundur. Nie zniknęli, nie zniknęłam. Czuwamy.

 

Yukio Mishima, Złota pagoda: czy ogień jest piękny

Każdy opis tej książki zakłada, że czytelnik zna historię i wie, że świątynia Złotego Pawilonu w Kioto spłonęła na skutek podpalenia w roku 1950. Lekturę zaczęłam więc od spojleru. Poznawałam opowieść tak, jak „Granicę” Zofii Nałkowskiej. Zamiast pytania „czy on podłoży ogień?” było tylko „dlaczego podpalił świątynię?”. Takie ujęcie odrzuca od czytania tych, którzy o historii Japonii wiedzą mniej niż Japończycy i japoniści. A gdyby, niezależnie od faktu historycznego, czytać „Złotą pagodę” jak fikcję? Zyskalibyśmy wszyscy, łącznie ze świątynią, która mogłaby odpocząć od turystycznej popularności.

Hayashi Yoken popalił świątynię Rokuon – Ji, w której służył jako akolita, mnich zen. Po pożarze usiłował popełnić samobójstwo. Został złapany, osądzony i skazany na 7 lat więzienia. Po uznaniu go za niepoczytalnego, wyrok uchylono. Zmarł po kilku latach na gruźlicę. Tyle fakty. Yukio Mishima użył ich jedynie jako stelażu do opowieści. Nazwał swojego bohatera inaczej, Mizoguchi. Czy w ten sposób chciał trochę zwolnić się z obowiązku odwzorowania rzeczywistości? Dał sobie większe pole manewru, a nam większe możliwości interpretacyjne.

Y.-Mishima-Złota-pagoda

Dla postaci narratora ważna jest własna brzydota. Nie mam dostępu do japońskich opracowań, nie wiem, czy prawdziwy podpalacz był brzydki, ani czy miało to znaczenie. W książce piękno jest ważne, a w życiu? W posłowiu do wydania polskiego Mikołaj Melanowicz pisze o niszczycielskiej sile piękna. Ja w nią nie wątpię. Piękno jest żywiołem. Każdy żywioł daje siłę, ale i może pochłonąć.

Mizoguchi, postać książkowa, wychowany na opowieściach o pięknie Złotej Pagody, marzy o niej. Prawdziwy obiekt nie dorasta, nie ma szans dorosnąć do jego wyobrażeń. W interpretacjach podkreśla się aspekt tego, że w swojej brzydocie chciał zjednoczyć się z pięknem. Jego pierwowzór być może (jak głosi tekst na skrzydełku okładki) chciał popełnić samobójstwo zakochanych z pagodą w roli wybranki. To piękne, kuszące, romantyczne tłumaczenie. Moje jest inne.

Według mnie celem jest zło, a nie piękno. Mizoguchi w dzieciństwie był świadkiem zdarzenia, gdy jego matka zdradziła ojca, a ojciec zasłonił wtedy chłopcu oczy. Później widzi, że nauczycielka ikebany chwali wykonaną kompozycję, a za chwilę niszczy ją w furii. Regulamin zwiedzania terenu świątyni jest tak napisany, jakby autor reguł nie wyobrażał sobie, by ktokolwiek mógł zrobić coś niewłaściwego. Mizoguchi szuka szczeliny do buntu. Kradnie kwiaty, opuszcza się w nauce, wagaruje, ucieka, pożycza pieniądze nie mogąc ich oddać, zawodzi zaufanie opata świątyni i tak dalej. Podpalenie pagody to tylko ostatnie ogniwo łańcucha czynów.

Przejmujący jest moment, gdy młody bohater wykonuje okrutne polecenie amerykańskiego żołnierza. Tłumaczy sam sobie, że musiał, że rozkaz, że sam znalazłby się w niebezpieczeństwie i tak dalej. Te wyjaśnienia są nic nie warte, ale w powojennej Japonii musiały brzmieć mocno. Kiedy słucha się z cudzych ust własnych wykrętów, ciarki biegają po plecach. Dlatego wydaje mi się, że Yukio Mishima rewidował tą książką japońskie wartości: posłuszeństwo, szacunek, piękno. Japonia po kapitulacji musiała określić się na nowo, być może w innym kształcie. Widzę tu echa takich problemów, a nie tylko epizod z nagłówków gazet. Opowiedzenie ciekawej historii jest bardzo ważne, ale tutaj nie jest jedynym celem.

W książce po podpaleniu młody mnich nie ogląda pożaru. Przy zgliszczach czuje w sobie chęć do życia, trochę jak feniks wieńczący świątynię. To też różnica wobec faktów, ważna. On chciał ją unicestwić, a nie się z nią połączyć. Czyli jednak zło, a nie piękno.

Przypomina mi się tu Julian Ordon, upamiętniony przez Adama Mickiewicza w wierszu „Reduta Ordona”, który wszyscy znamy z podstawówek, niektórzy na pamięć. Ordon nie zginął. Wysadził redutę, ale przeżył. Popełnił samobójstwo 56 lat później. Mickiewicz wykorzystał go jako postać, uwiecznił, upamiętnił. Użył. Za każdym razem, gdy czytam powieść historyczną czy beletryzowaną biografię czy inną fikcję nawiązującą do faktów, zastanawiam się – ile wolno? Gdzie postawić tamę wyobraźni? Co jest dobre, a co jest prawdziwe?

„Złota pagoda” to ciekawa i dobrze napisana opowieść. Wolałabym nie znać zakończenia przed dotarciem do finałowej strony. Zastanawiałam się też, czy będąc w Kioto widziałam odbudowany Złoty Pawilon? Pewnie tak, ale jako atrakcję turystyczną, a nie doznanie piękna. Myślę, że ta książka może zachwycić miłośników literatury nie tylko i niekoniecznie japońskiej, jest uniwersalna. To, jak było naprawdę, nie ma znaczenia. Naprawdę jest zło, piękno i rozpięci między nimi ludzie, a Złoty Pawilon to jedynie scenografia.

Yukio Mishima, Złota pagoda, przełożyła Anna Zielińska – Elliott, Państwowy Instytut Wydawniczy, 2017.

Solidarność kobiet (ze znakiem zapytania)

Na komisji instruktorskiej, dwa miesiące po moim ślubie i dwa tygodnie przed zdobyciem kolejnego stopnia i uprawnień, zapytano mnie, czy mój mąż pozwoli mi nadal być harcerką. W gronie komisji instruktorskiej są same kobiety.

Na apelu ogólnopolskiej konferencji instruktorek, jedna z druhen meldowała się z dzieckiem na ręku. Apel to nic ważnego, dziecko zresztą chyba było spokojne. Gdyby miało przeszkadzać innym w czasie zajęć czy wykładu, co stresowałoby jego matkę, i je samo też, trzeba byłoby znaleźć inne wyjście. Na apelu mogło być obecne. W czasie konferencji jest zorganizowana opieka dla dzieci, często przyjeżdżają też ojcowie (zazwyczaj pewnie też harcerze).

Gdy myślę o solidarności kobiet, myślę o harcerkach. Jak bardzo potrafią być różne, widać choćby po tych dwóch powyższych przykładach.

516faf4c57298

Uprzejmość, koleżeństwo i przyjaźń nie mają płci. Szukam sytuacji, gdzie fakt bycia kobietą był istotny i z tego względu potrzebowałam wsparcia (lub choćby tylko zrozumienia). Szukam kobiety, nie związanej ze mną rodzinnie, towarzysko, harcersko, która pomogłaby. Moja doskonała pamięć chyba ma tu luki i wyrwy.

Pamiętam za to wypowiedź w sondzie w czasopiśmie „Filipinka”. Padło pytanie o solidarność i młody mężczyzna opowiadał, jak pracował jako wychowawca kolonijny. W powierzonej mu grupie chłopców zaprowadzał dyscyplinę prostymi metodami. Jasny system nagród i (niewielkich, serio) kar, czytelne zasady, konsekwencja – działało, zawsze działa. Na kolonii coś się stało złego, zawalił opiekun innej grupy, chyba. Ten wychowawca napisał raport i jeden z chłopców z innej grupy wrócił do domu. Opiekun drugiej grupy szukał haka na tego człowieka. Przyglądał się, przesłuchiwał chłopców z jego grupy, przekupywał, zastraszał. Młodzi panowie chronili go. Żaden nie wspomniał o najmniejszej nawet karze, żaden się nie wyłamał. Na końcu młody mężczyzna mówił, że tyle razy się zawiódł, padł ofiarą oszustwa, kłamstwa, oszczerstwa. A ci młodzi chłopcy stali za nim murem.

Chciałabym mieć więcej takich opowieści. Zamiast tego mam twarde fakty. Na kursie harcmistrzyń jedna z dziewczyn przedstawiła się „jestem prawnikiem”. Zapytałam ją o to. Powiedziała, że nawet na wizytówce i tabliczce ma tylko inicjał imienia i neutralne płciowo nazwisko, bo zdarzyło jej się tracić klientów, którzy nie chcieli być reprezentowani przez kobietę. Adwokatkę. Płeć zazwyczaj jest faktem, jak długo można ten fakt ukrywać? Płeć ma też swoje konsekwencje i znaczenie. Ileż można przed tym uciekać? Czy ona jest gorszą specjalistką, dlatego że jest kobietą? Skoro uważa, że nie, dlaczego tak zwraca uwagę na płeć? Negowanie też jest eksponowaniem.  Nieużywanie żeńskich końcówek to tak naprawdę używanie męskich, czyli nieprawdziwych i nieadekwatnych. Nauczycielka, pielęgniarka, studentka – to też kiedyś były nowości. Nasze przodkinie zdecydowały się ich używać, zyskałyśmy na tym wszystkie, wszyscy.

Każdy z nas, będąc członkiem jakiejkolwiek grupy czy wspólnoty, reprezentuje tę grupę czy wspólnotę. Świadczymy o innych ludziach, także tych, o których nic nie wiemy. Możemy przecierać im szlaki albo rzucać im kłody pod nogi. Na przykład wyłudzanie świadczeń to narażanie innych na to, że będą musieć udowadniać swoje zapotrzebowanie czy prawa jeszcze mocniej. W ten sposób wszyscy wszystkim mniej ufają. Mechanizm jest zawsze taki sam: skoro oszukuje nawet ktoś bliski mi na tyle, że wiem o jego oszustwie, jak mam traktować obcych ludzi?

Kiedy przez Polskę maszerowały czarne marsze, ubrana na czarno siedziałam w pracy. Mój szef napisał nam wszystkim, każdemu z nas: jeśli ktoś czuje, że powinien być teraz gdzie indziej – ma do tego pełne prawo. Nie napisał „poparcie”. Ucieszyłam się tym bardzo i zostałam w pracy. Mój fb z tamtego okresu pełen jest wpisów o sztuce. Takie zosine chowanie głowy w piasek i odwracanie uwagi.

W każdej takiej sytuacji jest mi tak straszliwie wstyd. Za nas, za system, za kraj, za brak odpowiedzialności. Niedawno pomyślałam, że właściwie to jestem dumna, że jestem Polką. Bo tu jest jak jest, a my sobie radzimy.

polkawalczaca-450x278

Usiłujemy sobie radzić, byłoby chyba jednak bardziej adekwatne. Chciałabym przestrzegać różnych, najchętniej wszystkich, obowiązujących mnie przepisów. To doskonale niemożliwe. Wiele z tych przepisów wzajemnie się wyklucza, wzajemnie sobie przeczy albo są nierealne, o nieżyciowych nie wspominając. Kiedy próbowałam coś takiego wyprostować, koleżanka z pracy, niebywale zaskoczona, zatrzymała się w pół kroku i zawołała:

„Zosia! Jaka Ty jesteś… uczciwa!”

Jedyne, co przyszło mi do głowy jako odpowiedź, to:
„Przepraszam…”

Joanna Bator, Purezento: nie wszystko, co dostajesz, jest darem

Opowiadamy sobie wciąż te same historie. Mówimy o tym topos, motyw, mit. Niedawno okazało się, że powieść, którą piszę, to mit o Adamie i Ewie – tylko że już po wygnaniu z raju. Jako czytelnicy szukamy tego, co znamy i lubimy. Dlatego wracamy do tych samych pisarzy, albo czytamy literaturę danego typu. Każdy ma jakieś preferencje, chociaż wolę używać nazwy „koleiny” albo „schematy”. Możemy ciagle gonić za nowościami, by pozbyć się tej powtarzalnej rutyny, ale i tak niektóre sprawy i słowa poruszają nas bardziej, niż inne. Po Joannie Bator spodziewam się tego, co najlepsze – to pewnie komplement. „Purezento” było dla mnie rozczarowaniem – to z kolei brzmi prawie jak obelga. Osią książki jest podejście, że stłuczone naczynie naprawione złotem jest cenniejsze niż było przed uszkodzeniem. Ta powieść, zaplanowana jako pewnik, zostawia wrażenie poprawne jak nowa, fabryczna porcelana.

bator-purezento-2019-01-12

Powtarzanie tych samych fraz i sformułowań drażniło mnie wyjątkowo. Połowę użycia rekinów ludojadów można byłoby usunąć bez szkody dla opowieści. W „Piaskowej górze” też był taki styl czy język, ale tamta powieść była obfitsza, dłuższa i gęstsza. Te rekiny brzmiały jak wypełniacz, wypychacz. Puste znaki. Podobnie opis tej samej trasy kolejny raz. Cenię uważność, obserwację i troskę o detal. Pisanie o tym samym zakręcie przy innej pogodzie to nie uważność, to powtarzalność, rutyna i nuda. Pewnie bym tego nie zauważyła, gdyby nie krótkie, niewdzięczne zdania. Wybijają one rytm, który nie pasuje nawet do chaotycznej bohaterki – narratorki.

Ta postać jest wyrwana z narracji Murakamiego, ale do sagi „Zmierzch” pasowałaby równie dobrze. Jest doskonale żadna, a jej jedyne zainteresowanie dotyczy nazywania małych ssaków. Jak to możliwe, że tak nieciekawy człowiek ma taką fajną pasję? Podobno dobra opowieść zaczyna się od bohatera… Z takim nijakim tworem jak tu przynajmniej każdy może się utożsamić. Czy ktokolwiek chciałby być taki, jak ta bezimienna, niecharakterystyczna kobieta? Jej bezimienność jest wadą, a nie niedomówieniem, niedopowiedzeniem, ukrytym w cieniu znaczeniem. Ona mogłaby zmienić imię, szukać imienia – schemat równie ograny, jak jak rytualna kąpiel uśmierzająca ból. Ta bohaterka czy narratorka pędząc na rowerze natyka się na samą pisarkę. Ten zabieg też już był, u Makuszyńskiego. W każdej jego powieści jest bohater epizodyczny noszący nazwisko pisarza. Ten zabieg lubię.

Opowieść dotyczy naprawy, wychodzenia z traumy, radzenia sobie z życiem za pomocą uważności. Znane motywy, ale można je opowiedzieć na nowo. Uważności nigdy za wiele. Tworzenie znaczenia za pomocą tak oczywistych metafor odbieram jako płytkie. Czy czytelnikowi wystarczy takie powierzchowne odwołanie do ducha zen? Podobno znawcy Japonii widzą w tej książce szaradę w stylu haiku. Dobrze, może się nie znam, muszę się jeszcze dużo nauczyć i dowiedzieć. Mam poczucie, że ta książka jest dla nikogo. Japonia jest tylko egzotycznym tłem. Powielane są informacje, które każdemu obiły się o uszy. Bazą jest to, co każdy, wydawałoby się, wie o Japonii (także z esejów Joanny Bator). To stereotypy, to nic nowego. Tak traktowana egzotyka buduje dystans, a nie łączy. Gdy profesor japonistyki mówił o tym zabiegu, nie rozumiałam, bo przecież to, co inne obce i dalekie kusi, wabi i zmusza do szperania. Myliłam się. Można poprzestać na poczuciu że „oni, tam, są inni i już”. Uwiera mnie to, bo Joanna Bator ma wiedzę, talent, siłę i potencjał, by coś tu zmienić, pokazać, przedstawić. Japonia w tej powieści, jako świat przedstawiony, nie musi być rzeczywista, ale mogłaby dać czytelnikowi więcej. Mam poczucie, ze na opisach zyskała głównie autorka.

Na spotkaniu pisarka powiedziała, że niektóre książki pisze się dla siebie, do wewnątrz, a inne dla ludzi. Poprzednie trzy („Ciemno, prawie noc” nagrodzone Nike, „Wyspa łza” i „Rok królika”) miały być właśnie takie wewnętrzne, a „Purezento” ma być darem. Ta powieść z pewnością jest łatwiejsza w odbiorze, albo zwyczajnie „łatwiejsza”. Nawet okładka jest taka zachęcająca, poza tymi okrzykami, które nie mają nic wspólnego z „duchem zen”, do którego się odnoszą. Zmarnować taką okładkę taką fatalną czcionką… Niektórzy potrafią.

Spotkanie z pisarką było znacznie lepsze niż książka. Było na nim dwóch mężczyzn, w tym wydawca. Kobiety dyskutowały, to było takie… odżywcze. Jesteśmy sobie potrzebne. Joanna Bator jest piękna. Gdyby była pisarzem, nie zwróciłabym na to uwagi w tym sensie, ze pisarza za urodę bym nie oceniła. Taka ze mnie feministka, że widzę korale na szyi pisarki. Podeszłam po dedykację na książce i nie wiedziałam, co powiedzieć. Teraz mam tylko podpis autorki. To oznacza, że mogę podarować ten egzemplarz różnym osobom. Już wiem, kogo wybrałam, ale w ramach treningu uważności lubię to dopasowywanie prezentu do osoby i osoby do prezentu. Kogo nie ucieszyłoby „Purezento”? Czyta się przyjemnie, to dobre rzemiosło.

Następna książka Joanny Bator, w której pojawi się kanibalizm i zemsta, ma dotyczyć solidarności kobiet. Ten ostatni motyw interesuje mnie najbardziej. Może dlatego, że nie znam go za dobrze z literatury. Z życia, obawiam się, również.

Czy jest bóg, skoro są oprawcy?

W litanii do Wszyskich Świętych męczennicy są najliczniejszą grupą.

Łatwiej zapamiętać coś, co budzi silne emocje. Może to dlatego opowieści o zwykłych świętych mężach i niewiastach, którzy odznaczali się niezwykłą pobożnością i dobrym sercem, zaginęły w mrokach dziejów. Historie o tych umęczonych, zadręczonych, sponiewieranych przetrwały nieraz dłużej niż reżimy ich oprawców. Upamiętniano ich najpierw słowami, później za pomocą przestawień. (Nie wiem, jak datowana jest najstarsza podobizna męczennika – jeśli ktoś wie, proszę o przypis). Być może to dzięki wizerunkom męczenników przetrwały opowieści o nich. Łatwiej skojarzyć postać z obrazem, sceną, wydarzeniem niż z datą czy suchym faktem.

Atrybuty licznych świętych odwołują się wprost do ich męczeństwa. Dlatego kojarzymy, jak w wyliczance: Katarzyna – koło, Apolonia – zęby, Szymon – piła. Bez cienia refleksji, nie dostrzegając ani człowieka, ani jego cierpienia. Są też bardziej spektakularne przykłady. Świętego Erazma raniono w brzuch i prowadzono dookoła drzewa, wokół którego owijały się jego jelita (pisałam o tym tu). Święty Bartłomiej został obdarty ze skóry. Święty Pantaleon jest przedstawiany z dłońmi przybitymi do głowy, a święty Dionizy trzymający własną głową w rękach. Jest to tym ciekawsze, że zazwyczaj jest ubrany w pełny, ceremonialny strój biskupi, włączając w to tiarę na tej obciętej głowie.

P1080654

(zdjęcie nasze, z Vierzeiheinhilgen)

Święty Piotr z Werony ma tasak wbity w czaszkę. Świętej Agacie obcięto piersi. Przedstawiana jest trzymająca owe piersi na tacy. W momencie kanonizacji pokazuje się wizerunek nowego świętego, czyli ustala się jego ikonografię. Określa się, jak ma być przedstawiany. Atrybut nie musi być przedmiotem i nie musi odwoływać się do śmierci. Wyobraźmy sobie Jana Pawła II w białej, zakrwawionej sutannie z raną postrzałową, albo księdza Popiełuszkę z ciężarem przywiązanym do szyi i błogosławiącego z obrazu ołtarzowego. Kuriozalne, szokujące czy uzasadnione?

Czasami słyszę, że kiedyś ludzie potrzebowali mocniejszych wrażeń bo byli oswojeni z okropnościami, dlatego te straszliwe obrazy męki są tylko odbiciem dziejowym. Jak to się ma do niebywałej popularności „Gry o tron”? Serial jest staranny, estetyczny, na wskroś współczesny w tym sensie, że trafił w potrzeby odbiorcy naszego czasu. Nie byłam w stanie go oglądać, ze względu na te dokładne, naturalistyczne sceny wszystkiego, czego nie chcę widzieć i o czym zazwyczaj nie chcę wiedzieć. Czyli widz HBO również potrzebuje mocnych wrażeń, tak jak ta średniowieczna czy barokowa gawiedź. To żerowanie na najniższych instynktach. Na krzywdę mało kto pozostanie obojętny, nieważne czy urodził się w XX czy w XII wieku.

Można też spotkać uzasadnienie, że malowanie męczennika to pretekst do ukazania nagiego ciała i popis znajomości anatomii. Tylko że obrazy i rzeźby ktoś zazwyczaj fundował. To fundator, donator czy zleceniodawca określał temat przedstawienia. Artyści szkicowali tortury, bywali na egzekucjach, kroili zwłoki skazańców, by poznać anatomię, której wymagali od nich możni i dostojnicy. Skoro taki obraz porusza, każdy chciał mieć podobne przedstawienie w swoim kościele, kaplicy, na płótnie, za które zapłacił. Muszę poczytać więcej świadectw, opinii ludzi, którzy oglądali te dzieła nie wiedząc, czego się spodziewać. Czy pytali, kim jest bóg, że skazał swoich najwierniejszych wyznawców na takie męki? Czy patrzący, wierny w kościele, chcieli wyznawać wiarę w takiego boga? Czy jest bóg, skoro są oprawcy?

W prawie każdym kościele w dniu 26 grudnia, kiedy wspomina się ukamienowanie świetego Szczepana, pierwszego męczennika, można usłyszeć zupełnie inne uzasadnienie wykonywania takich obrazów. Jak wszechmocny jest bóg, skoro wierzący w niego są tak zapamiętali w jej wyznawaniu. Doświadczenie wiary sprawia, że ludzie decydują się złożyć swoje życie w ofierze. Trudno opisać to słowami innymi niż patetyczne. Być może to dlatego takie wytłumaczenie mnie nie przekonuje.

Nie tylko mnie. Zamawiający witraże do katedry we Fryburgu określili ich tematykę. Jedno z okien miało przedstawiać świętych szczególnie czczonych w tym kościele, męczenników. Józef Mehoffer rozważał temat długo, w listach, szkicach i notatkach. Wreszcie zdecydował się na ukazanie momentu, gdy każdy z czterech młodych ludzi podejmuje decyzję o swojej męczeńskiej śmierci. W witrażu nie da się namalować emocji, trzeba je ukazać gestem, kompozycją. To wywiera znacznie mocniejsze i trwalsze wrażenie niż kolejny obraz pokiereszowanego ciała.

Cathedrale_vitraux_mehoffer_martyrs_entier

(więcej lepszych zdjeć wkrótce)

Przez wieki nie uciekano od dosadności. We wspomnianej litanii przywołany jest święty Paweł z Japonii. Założyłam, że to jakiś europejski misjonarz. Święty Paweł pochodził z Japonii. Nie był przybyszem, nie był obcy, ale był intruzem. Podobno ze wszystkich tortur najbardziej boli wyrywanie paznokci u rąk. Japończycy mogli o tym nie wiedzieć, ale wyraźnie szukali takiego sposobu zabijania chrześcijan, by odstraszyć kolejne ich pokolenia. W Brerze zauważyłam obraz Antonio d’Enrico, zwanego Tanzio da Varallo, ukazujący męczeństwo 23 misjonarzy zamordowanych w 1597 w Nagasaki i beatyfikowanych 30 lat później. Według tego przedstawienia zginęli w sutannach.

Tanzio-da-Varallo-Martirio-dei-Santi-francescani-a-Nagasaki

Tak naprawdę, zostali niemalże poćwiartowani, po czym obwożono ich, by siać postrach. Zastanawiam się, czy artysta nie chciał tym epatować, nie wiedział o tym, czy nie umiał sobie tego nawet wyobrazić? Niedawny film „Milczenie” jest odległy od takich rozważań. Nawet trailer ukazuje więcej, niż można znieść. Powstawanie takich filmów jest odpowiedzią na jakąś potrzebę. Nie umiem jej nazwać, ale widzę, że nadal w nas tkwi.

Nas – społeczeństwie. Chcę być od tego tak daleko, jak to tylko możliwe, ale gdy siedzę w kościele, w którym ruszt, na którym upieczono świętego Wawrzyńca jest przechowywany jako najcenniejsza relikwia, zastanawiam się nad naszą kulturą. Wiele jej aspektów ma źródła w cierpieniu, dosłownie we krwi. Nawet plan pałacu Escorial pochodzi od narzędzia męki, tej konkretniej męki. Nie widziałam tego rusztu, pokazują go wiernym pewnie rzadko albo nigdy. Sam fakt, że on tam jest, leży w relikwiarzu, a ja jestem w kościele San Lorenzo in Lucina w Rzymie, wzniesionym w tym miejscu nieprzypadkowo… To wywołuje dziwne uczucia. Męczeństwo jest takie prawdziwe.

Podobno bardziej porusza nas to, co bliskie, dlatego inny święty z litanii, znacznie bardziej współczesny, powinien oddziaływać mocniej na moją wyobraźnię niż święty Wawrzyniec. Święty Piotr Chanel zginął w ten sposób, że członkowie plemienia, które miał nawracać, ucięli jego kończyny, po czym gotowali je i zjadali na jego oczach. Nie szukałam najbardziej drastycznych przykładów – tylko sprawdziłam, kto jest wymieniany w litanii. Tak trafiłam na katolickiej stronie na zdanie: „Sprawdziło się na osobie księdza Piotra Chanela starożytne powiedzenie, że śmierć męczenników jest zasiewem nowych chrześcijan”. Chciałabym zapytać autora tej wypowiedzi, jak odnosi się do możliwości złożenia własnego życia w takiej ofierze. Mam wrażenie, że traktując męczenników jako masę czy rzeszę odbieramy im osobowość, indywidualność i tym samym znaczenie.

Zresztą, o czym my tu mówimy. Przecież na niejednej szyi i ścianie wisi krzyż, narzędzie tortur.

W mojej rodzinie msze zamawia się w kościele reformatów, do którego lubił zachodzić dziadek. W ołtarzu wisi ogromny krucyfiks, wielki w skali niedużego kościoła. Po mszach chodzimy na kawę i ciastka, rozmawiamy o bieżących sprawach, jak to w rodzinie, a może „jak to w naszej rodzinie”. Trochę śmiechu, trochę plotek. Kiedyś na takiej herbatce Piotr zaczął się zastanawiać, czy w jakiejkolwiek innej świątyni jakiejkolwiek innej religii byłoby możliwe eksponowanie torturowanego, ludzkiego ciała. Nie chodzi tu o umęczonego Boga, który nas zbawił. Rozmawiamy o obrazie, wizerunku. Dlaczego nasza religia epatuje krwią i krzywdą? „Bo tak było”? Prawda o śmierci nie jest całą prawdą o życiu. Przecież. Chyba.

Najsłynniejszy rzymski most jest dekorowany rzeźbami aniołów, które zaprojektował Bernini. Turyści chodzą, robią sobie zdjęcia, promenują. Paraduje tam także dwóch przebierańców w strojach rzymskich legionistów. Można kupić od imigrantów kije do selfie i inne gadżety. Każda z tych wspaniałych rzeźb jest ustawiona w innej, nieomal tanecznej pozie. Te cudowne anioły mają łagodne wyrazy twarzy. Trzymają narzędzia męki pańskiej (rozumiane dość szeroko – jest na przykład kolumna biczowania). Złamano zasadę odpowiedniości, pełne wdzięku postaci demonstrują zbrodnicze przyrządy. Przekaz jest nieco złagodzony, patrząc na te dzieła nie sposób myśleć o bólu. To samo dotyczy licznych rzeźb świętego Sebastiana (przeszytego strzałami) i innych, i wielu innych.

W momencie śmierci, tortur, już za późno na zmianę zdania. Wydaje mi się, że łatwiej umierać za swoje przekonania będąc im wiernym. „Sprawa, a nie śmierć, czyni męczennika” powiedział Napoleon Bonaparte nie wiem gdzie, kiedy ani w jakim kontekście. Mógł mieć na myśli zupełnie coś innego, ale chętnie podsumuję własne pomysły jego stwierdzeniem. W śmierci męczenników nie chodzi o mękę, ale o poświęcenie.

W lipcu 2016 roku ksiądz Jacques Hamel został zamordowany w miastecku Saint-Étienne-du-Rouvra, na północy Francji. Ksiądz miał wtedy 84 lata, padł ofiarą zamachu terrorystycznego. Wtedy pisał o tym nawet onet. Mięło półtora roku. Czy ktoś o tym pamięta? Halo, Watykan? Jedyny sens malowania cierpienia widzę w przypominaniu o prawdziwych ludziach. Ksiądz Jacques zapewne nie został namalowany za życia.

Opowieść powtarzana wielokrotnie, przekazywana z ust do uszu nabiera życia. Każdy słuchacz w swojej wyobraźni dodaje nowe szczegóły, które przekazuje następnej osobie. Historia wzbogacona o nastrój może zmienić przesłanie i może nabrać nowego znaczenia. Losy męczenników są tak dramatyczne, że zasługują na pamięć jako świadectwo odwagi, wytrwałości, wierności swoim przekonaniom. Oni, obecnie święci, także zaczynali jako ludzie. Widząc w nich nadludzkie moce, czy nie wypaczamy sensu ich ofiary? Mieli zwyczajne ciała narażone na ból i zwyczajne dusze narażone na zwątpienie. Tak ubogo wyposażeni wytrwali i dlatego zasługują na pamięć i opowiadanie o nich. Jako pomnik tego, do czego ludzie są zdolni. Ludzie – męczennicy, bohaterowie. Ludzie – oprawcy. Opowieść o męczennikach to historia o tym, że okrucieństwo i bezwzględność także czai się gdzieś w tym, co uważamy za ludzkie.