Tomasz Mann, Czarodziejska góra: tylko czas zasługuje na powagę

Jeśli Tomasz Mann nie przebiłby się dziś jako debiutant, to jedynie dlatego, że chwyty, które wymyślił, są powszechnie stosowane od dawna.

Przy powieści, której najważniejszym bohaterem, składnikiem i narzędziem jest czas, określenie „ponadczasowa” wydaje się sztywne jak kołnierzyk Hansa Castropa. „Czarodziejska góra” to jedna z tych książek, o których wszyscy słyszeli i każdy odkłada jej przeczytanie. „Chyba czytałam, dawno, nie pamiętam… Na pewno, to musiała być lektura, przecież!”. Gdy opinia o powieści zastępuje jej treść i własne wrażenia… co wtedy? Wtedy wiekopomna sława?

Komitet Noblowski przyznał nagrodę dla Tomasza Manna za książkę „Buddenbrookowie”, jego pierwszą powieść. Dostać Nobla za debiut, 28 lat po debiucie, ale jednak… Dziś wydaje się to tak samo niemożliwe, jak powszechna znajomość i stosowanie się do kodeksu honorowego. Wśród kandydatów do nagrody był wymieniany od roku 1913, kiedy ukazała się „Śmierć w Wenecji”. Nagrodę otrzymał w roku 1929, już po publikacji „Czarodziejskiej Góry” (1924). Komitet jest bardziej cierpliwy niż pisarze. Widocznie chciano uhonorować osobę o ugruntowanej pozycji, autora który rozwija talent. Błyskotliwy debiut przykuł uwagę sędziów czy jurorów, ale dopiero kolejne dzieła potwierdziły kunszt Tomasza Manna.

Podobno wolał lekkie rozmowy i poważne książki. W towarzystwie pełen eleganckiego humoru, filozoficzne rozważania snuł na piśmie, w listach, notatkach i książkach. Przenikanie się konwencji, mieszanie ich, a wszystko spięte mankietami i w spodniach o odpowiednim kroju kieszeni zaskoczyło mnie najbardziej. Uznany pisarz jest uznany bo jest dobry i trafia do czytelników na różne sposoby. Niby mogłam się spodziewać tej celności, ale zaskoczenia są takie przyjemne!

„Zbyt był kulturalny, by siostrzeńcowi, który niewzruszonym spokojem objawiał swą solidarność z tym, co się tu działo, mógł niegrzecznie powiedzieć, jak okropną wydała mu się ta baba; więc tylko ostrożnie do niego zapukał, by się upewnić, że starsza siostra jest chyba bardzo oryginalną niewiastą.”

Zabawa w aligatorki miała swoją poprzedniczkę, gdzieś w Anglii, na początku XX wieku. Hans Castrop nie poddał się jej absurdalnemu urokowi.

aligatorki

Bohatera trudno posądzać o poczucie humoru. Czytelnik może do niego przywyknąć, ale polubić go trudno, utożsamienie się nie jest chyba możliwe. Autorzy powieści gatunkowych o dorastaniu rzadko stosują taki zabieg. Może to nie jest powieść gatunkowa tylko satyra na nią, igranie z konwencją? Może. Taka książka wytrzyma wiele interpretacji. Jak wspaniale się czyta dzieło, w którym można doszukiwać się ukrytych, dodatkowych znaczeń! Takie małe mrugnięcie okiem, jak wykorzystanie nazwy miejscowości w której urodził się Hans Christian Andersen. W powieści jest zawarte tyle treści, że nadinterpretacja jest prawie niemożliwa. Co za ulga. Tę perspektywę widać dopiero z ostatniej strony, gdy użyte wcześniej motywy współgrają.

Narrator jest znacznie ciekawszym bohaterem niż leniwy nudziarz Hansem Castropem, którego losy opowiada. Narrator zajmuje stanowisko, komentuje, czasem osądza. Tłumaczy bohatera przed czytelnikiem. Czasami prawie widzę jego gest machnięcia ręką albo zakłopotaną minę. Bywa, ze przyznaje się do niewiedzy. Kilka razy zwraca się do czytelnika, albo tłumaczy przejścia z jednego miejsca akcji lub punktu w czasie w zupełnie inne. Dziś takie zabiegi narracyjne, mistrzowskie na przykład w powieści „Szkarłatny płatek i biały”, są rzadkie i cenne. W tamtych czasach to nowatorstwo mogło szokować. Wykorzystanie motywów ubarwia powieść, to takie smaczki, dzięki którym da się przetrwać pierwszych 500 stron. Bez motywów, ich zwrotów i odwołań do świata poza Davos i poza powieścią, moja uwaga zarosłaby albo zostałaby zasypana śniegiem.

Pierwszy tom, pierwsze 500 stron tworzy nastrój całego, integralnego dzieła. Czasami pisze się o książkach, że rozkręcają się powoli albo że akcja przyspiesza pod koniec. W „Czarodziejskiej górze” dokonała się przemiana przestrzeni w czas i czasu w przestrzeń. Ślęcząc nad pierwszym tomem trafiamy do sanatorium, na werandę, do lepszego stołu rosyjskiego w jadalni. Jak najlepiej pokazać gnuśność – nie pokazywać, ale dać ją poczuć. Kto by pomyślał, że zbudowanie marazmu może trwać tak długo! Taki układ wydaje się niezbędny, adekwatny do treści, odpowiedni, dobrze dobrany. Czy dzisiejsi wydawcy zaakceptowaliby „Czarodziejską górę” w planach wydawniczych? Czy przetrwaliby ten pierwszy tom jako czytelnicy nie wiedząc, czy warto czytać do końca?

Koncepcja przemiany czasu w przestrzeń poruszała umysły nie tylko na początku XX wieku. Mało wiem o tym eksperymencie myślowym, o ówczesnym stanie wiedzy, o stanie faktycznym też. Dziś wiedza jest zupełnie inna. Dziś mówimy nauka, nie wiedza. Stan wiedzy też się bardzo zmienił. Tylko pytania zadajemy wciąż te same.

Z Hansem Castorpem łączy mnie ochota, by zostać botanikiem. Jego (chyba jedyną) niewątpliwą zaletą jest ciekawość świata. Narrator kwituje to zainteresowanie jako bycie komiwojażerem idei. Hansa stac na zachwyt:

„Z młodych szmaragdowych traw na stokach gór i łąkach jakże różne wykwitły formy życia organicznego, bądź gwiazdy, kielichy, dzwony, bądź nieregularne twory, a wszystkie wypełniały słoneczne powietrze swym suchym aromatem: smółki i dzikie bratki w ogromnych ilościach, kaczeńce, stokrotki, pierwiosnki w żółtym i czerwonym kolorze, o których Hans Castorp sądził, że są o wiele piękniejsze niż te wszystkie, które widywał na nizinach, jeśli tam w ogóle zwracał na nie uwagę…”

Tekst powieści raczej porusza interesujące kwestie niż ujmuje je w skrzydlate słowa. Zmroził mni fragment wypowiedzi Joachima:

„W ogóle nie chodzi o to, jakie kto ma opinie, ale o to, czy ktoś jest porządnym chłopem. Najlepiej jest nie mieć żadnej opinii, a tylko wykonywać służbę.”

Pierwsze zdanie brzmi tak bardzo ludzko, odwołuje się do tego, jak czujemy się z drugim człowiekiem. Nie tyle, ile o nim wiemy, ile co czujemy, tak zwyczajnie, bez nazywania. Z tego wrażenia Joachim wyciąga daleko idący wniosek. Wykonywanie służby bez własnej opinii, ta najgorzej pojęta karność, przyniosła straszne efekty i czcze usprawiedliwienia.

Kiedy Ludovico Settembrini zaczął toczyć spory z Leonem Naphtą odkładałam książkę (tzn. wyłączałam ekran czytnika), żeby zastanowić się, co ja właściwie o tym myślę. Bliższa jest mi wizja świata Włocha: indywidualizm, demokracja, dorzuciłabym pacyfizm. Ogólnie światłość, humanizm i przekonanie, że ludzie są dobrzy i coś wymyślą. Argumenty Naphty do mnie przemawiają mocno. Cofam się dwa zdania przed końcem jego perorowania. Wnioski wyciągam zupełnie inne. Czy w każdej dyskusji tak łatwo zatracić własny osąd? Czy Naphta mógł przekonać głównie sposobem argumentowania? Skoro Naphta, to i inni. Czy argumentowanie jest ważniejsze od idei? Mynheer Peeperkorn nie musi nawet mówić, by zyskać posłuch. Osobowość zamiast… Zamiast czegokolwiek, sama osobowość wystarczy. Czy to skrajny przykład indywidualizmu, o który walczył Włoch?

Pojęcia zmieniły się w ciągu jednego stulecia. Komunizm i katolicyzm oznaczają już coś innego niż dla autora i dla jego tłumaczy. Żaden kontekst ani przypis tego nie wyjaśni. Różnica między dziełem z epoki a powieścią historyczną tkwi właśnie w nazywaniu pojęć. „Czarodziejska góra” jest fascynującym dokumentem swoich czasów. Żadna z postaci nie kwestionuje kodeksu honorowego. Powód, który (spojler) ściąga bohatera na ziemię jest oczywisty, naturalny, podany bez refleksji. Książka jest uniwersalna, mimo podania tej jednej konkretnej daty. Ponadczasowość mimo nagromadzenia datujących szczegółów – jak autor to zrobił? Pisał o ludziach, nie o czasach. Nie ma innej metody, jeszcze jej żaden nowy Tomasz Mann nie wymyślił.

Chciałabym napisać coś o Kławdii Chauchat, ale ona jest tak doskonale żadna. Służy chyba tylkodo tego, by pokazać mizoginię narratora. Dostrzegam wątki o kobietach, protekcjonalne ich traktowanie, spojrzenie z góry i wzruszenie ramion, a nie dostrzegam wątków gejowskich. Czy to oznacza, że każdy widzi to, co chce widzieć? Może to dzieło jest tak treściwe, że zmieści odbicia najróżniejszych czytelników.

„Po prostu tylko nie był „bohaterem”, to znaczy nie chciał uzależniać od kobiety stosunku między mężczyznami. Zgodnie z zasadą, aby go nie przedstawiać ani lepszym, ani gorszym, niż był istotnie, konstatujemy, że opierał się — nie świadomie i umyślnie, lecz całkiem naiwnie opierał się temu, by pod wpływem spraw miłosnych tracić sprawiedliwy stosunek do własnej płci, a także, by utracić chęć uczenia się od innych mężczyzn. Może się to nie podobać kobietom — zdaje się nawet, że irytowało to mimo woli panią Chauchat; wskazuje na to ta czy owa cierpka jej uwaga, której nie omieszkamy przytoczyć. Ale może właśnie ta cecha jego charakteru sprawiała, że o Hansa Castorpa warto było toczyć pedagogiczne boje.”

Warto toczyć pedagogiczne boje o mężczyznę tylko dlatego, że bardziej ceni towarzystwo mężczyzn niż kobiet. To rzeczywiście naiwne. Z kolejnego cytatu wynika, że wyznanie miłości opierającej się kobiecie jest przyjemne, bo jest gwałtem. Nie wiem, jak można tak myśleć i jednocześnie wiem, że ludzie tak myślą. Pocieszam się, że to tylko niektórzy, nieliczni, czasami. Pociecha jest marna. Gdy czytam w książce o zachowaniach, których nie pojmuję, dowiaduję się czegoś o tych, którzy nie umieją formułować myśli jak bohaterowie u Manna. O tych ludziach za oknem, którzy nie noszą zegarków w kieszeni surduta, ale czują i myślą podobnie, niezależnie od mody i epoki.

„Znosił także mętne jego rozmowy. Wehsal zawzięcie stawiał pytanie na przykład takie, czy jeśli ktoś kocha kobietę, a ona o niego nie dba, czy ma to sens, by jej swą miłość wyznawał, tę beznadziejną miłość — i pytał, co panowie o tym sądzą. On ze swej strony jest jak najbardziej za tym, sądzi, iż jest w takim wyznaniu niezmierzone szczęście. Choćby bowiem akt wyznania wywoływał odrazę i krył poniżenie samego siebie, to jednak na chwilę wytwarza pełne zbliżenie z pożądaną istotą, robi z niej powiernicę wyznającego, wciąga ją w żywioł własnej jego namiętności, a jeśli nawet przychodzi potem koniec wszystkiego, to jednak ta wieczna utrata nie jest zbyt wysoką zapłatą za desperacką rozkosz jednej chwili; bo wyznanie jest aktem gwałtu, a im większy jest opór i odraza, na jakie natrafia, tym jest rozkoszniejsze.”

Na polskie tłumaczenie złożyła się praca Józefa Kramsztyka i Władysława Tatarkiewicza. Nazwiska Tatarkiewicza długo nie podawano. Tłumaczenie, dlaczego w latach 50. odsunięto go do innych zadań naukowych mogłoby być zadaniem bardziej karkołomnym, niż oddanie w innym języku sensu 500 stron takiego obfitego tekstu. Tłumacz wyjaśnia w jednym z przypisów: „Sapienti sat: łacińskie — Mądrej głowie dość dwie słowie.” a ja uśmiecham się z rozrzewnieniem. Dziś raczej „po słowie”, bo nikt nie pamięta liczby podwójnej ani takiego brzmienia tego przysłowia. Cieszą mnie takie drobiazgi jak kwiaty w górze cieszyły Hansa Castropa. Ta lekka radość jeszcze pogłębia satysfakcję z lektury. Potężna książka do interpretowania, poszukiwania i spierania się, a przy tym frajda z użycia celnych słów. Jak jazda na sankach przez zimowe uzdrowisko.

Tomasz Mann, Czarodziejska Góra, tłumaczył Józef Kramsztyk i Władysław Tatarkiewicz, Czytelnik 1972.

Szczerze mówiąc, nie jestem człowiekiem namiętnym, ale mam swoje namiętności, flegmatyczne namiętności.

Uprasza się nie pozostawiać luk w tym, co się mówi, jeśli się chce być zrozumianym.

Od tej chwili znał to szczęście i upojenie, jakie daje lekkie miłosne zetknięcie z potęgami, których pełny uścisk byłby unicestwieniem.

Okazywał tu w górze odwagę, jeśli odwagą wobec żywiołów jest nie tępa trzeźwość w stosunku do nich, lecz świadome oddanie się i lęk śmiertelny, choć przezwyciężany pod wpływem sympatii.

Na temat tego, co leżało między nimi, nie ma nic do powiedzenia, nie mają zwłaszcza nic do powiedzenia ludzie powściągliwych obyczajów, tacy, co tylko w ostateczności zwracają się do siebie po imieniu.

Zgadzam się z panem, jest to i moje przekonanie, choć mi to jeszcze samemu nie przychodziło do głowy.

W okrzyku tym brzmiało ludzkie przekonanie, że trzeba więcej odwagi, by strzelać do drugiego, aniżeli by pozwolić strzelać do siebie.

Richard Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata: skąd się biorą kreacjoniści

Interesująco zaczyna być dopiero tam, gdzie kończą się oczywistości. Teraz wyłapuję słowo „oczywiście!” razem z nadbiegającym za nim wykrzyknikiem. Pojawia się często, chwilami wydaje się wszechobecne. W niektórych wywiadach jest nadużywane przez obu rozmówców. Przytakiwanie sobie nawzajem i powtarzanie ustalonych kwestii nie zostawia miejsca na zauważenie zmiany i na refleksję, co się zmienia, dlaczego, i co z tego wynika.

Teoria heliocentryczna jest dla mnie oczywistością, tak jak geometria euklidesowa czy ewolucja. Jestem pełna wiary w naukę i słowo pisane, korzystam z dostępu do Internetu i bibliotek. O zwolennikach teorii płaskiej ziemi czy dogmatycznego kreacjonizmu tylko słyszałam, o ile słowo „słyszałam” można odnosić do informacji z sieci. Myślałam, że to zjawisko marginalne. Jeśli przekonanie o ewolucji opieram na wynikach badań, nie mogę badań naukowych traktować wybiorczo. Nieprzyjmowanie faktu, że 40% Amerykanów neguje ewolucję, to taka sama ignorancja, jaką prezentuje te 130431600 osób. Książka „Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji” została napisana właśnie dla nich. To jest dzieło stricte popularnonaukowe, z zamierzeniem przekazania rzetelnej wiedzy w przystępny sposób. Prace tego typu nie mają ostatnio dobrej prasy. Takie teksty wymagają od naukowców uproszczeń, nieużywania slangu branżowego oraz konkurowania o uwagę odbiorcy spoza zwykłego grona. Wyzwanie jest ambitne, więc tym bardziej warto je podejmować.

255884

Każdy coś tam o ewolucji wie, mniej więcej tyle samo, co o Adamie i Ewie. Myślałam, że słowo „teoria” oznacza, że nie jest ona udowodniona, bo nie da się powtórzyć w warunkach laboratoryjnych procesu trwającego od miliardów lat. „Heliocentryczna” też jest „teoria”. W kontekście nauki o ewolucji teoria oznacza sformułowaną tezę, a nie wątpliwości. Czytając dowiedziałam się, jak wiele nie wiem. Moje kolejne pytania wyrastały z poprzednich. Nie uświadamiałam sobie własnej niewiedzy, tylko szłam dalej, rewidując swoje przekonania, nad którymi się dotąd nawet nie zastanawiałam. Były dla mnie „oczywistościami”, już nie są.

Człowiek miał z małpą wspólnego przodka, podobnie jak z każdym innym żywym organizmem. Czasami ten wspólny przodek jest niewyobrażalnie wręcz odległy w czasie. OZnacza to, że małpa nie wyewoluowała w człowieka, a współczesne szympansy nie ewoluują w stronę ludzi. Szympanse zmieniają się, nasz gatunek też się zmienia i rozchodzimy się coraz bardziej. Potrzebowałam zobaczyć wydrukowane hasła typu „dopiero gdy zobaczę małpę, która urodziła noworodka, uwierzę”, żeby zacząć układać myśli i szukać odpowiedzi. Ten daleki, wspólny przodek nie był ani człowiekiem, ani małpą. Był za to z tego samego gatunku, co jego rodzice i potomstwo. Nie da się precyzyjnie określić, gdzie albo kiedy zaczyna się nowy gatunek. Zamiast zwykłej systematyki przydaje się tu słowo „klad”. To pojęcie oznacza grupę organizmów mających wspólnego przodka i obejmuje wszystkie kolejne linie rozwojowe w tej grupie. W kladystyce walenie mogą być ujęte razem z hipopotamami, bo np. hipopotam nilowy jest najbliżej spokrewniony z orką spośród żyjących obecnie gatunków. Skąd się wzięły ssaki morskie? – nie wiemy, to takie ciekawe! Teraz wiem, że do zmiany wystarczy, że jedna zapłodniona samica zasiedli nowe, izolowane środowisko. W tym samym czasie cała populacja promuje geny, dzięki którym łatwiej przetrwać. Jak to się właściwie dzieje – badania trwają i to też jest fascynujące.

Taksonomia wydaje mi się teraz XVIII – wieczną zabawką nie licującą z obecnym stanem wiedzy. Lubiłam nazywać rośliny po imieniu, szukać polskich nazw egzotycznych drzew i rzadkich zwierząt. Czy nadal jest sens, żebym poznawała nazwy ptaków, których głosy uczę się rozpoznawać? Nazwy są ułatwieniem, łatwiej zapamiętać głos trzciniaka niż ptaka numer 54632. Poczułam ukłucie, że każde moje drążenie, czym się jeden podobny gatunek różni od innego, straciło sens. Kiedy pierwszy raz naukowiec (chyba Newton) wyjaśnił, jak powstaje tęcza, zarzucono mu, że odarł zjawisko z tajemnicy. Chociaż odkrycie całej pełni sztuczności podziałów na gatunki i zmienności taksonomii zabolało mnie, to przekładam wiedzę i prawdę nad mistycyzm zamkniętych oczu. Nawiązując do anegdoty, Richard Dawkins zatytułował jedną z książek „Rozplatanie tęczy”. Jej lektura jest jeszcze przede mną. Pomysł, by ukazać piękno w poznawaniu zjawisk, a nie tylko w samych mechanizmach, zachwyca mnie bardziej niż efekt halo.

Richard Dawkins nie jest nawet kontrowersyjny. Ma wielu wrogów, przeciwników i hejterów. Nie chciałam sięgać po „Najwspanialsze widowisko” pamiętając atmosferę wokół książki „Bóg urojony”. Unikam taniej sensacji, niepotrzebnego zamętu i agitacji religijnej. (Dlatego odrzucam działalność misyjną. Odbieram ją jako agitację). Jeśli obawiam się, że popularna, ale naukowa książka zachwieje moją wiarę, to świadczy raczej o wierze niż o nauce. Nie przeczytałam dotąd żadnej innej jego książki w całości. W tej autor swój ateizm podaje jako fakt. Nazywa otwarcie sytuację, a to wzbudza zaufanie. I tyle, przedmiotem książki jest nauka, a nie poglądy autora. Richard Dawkins przyjął popularność razem z łatką. Więcej na tym zyskał czy stracił? Jego działalność jest szeroka, dorobek literacki znaczny, w naukowy się nie wgłębiałam na tyle szczegółowo, by go tu wymieniać. Zachwycił mnie język, jakim posługuje się biolog. Z uznaniem przyjmuję porównywanie kolejnych wydań „O pochodzeniu gatunków” Darwina. Naukowiec – przyrodnik świadomie i ze znawstwem posługuje się językiem. Sięga po humor, różnice regionalne, bawi się słowami, zahacza o absurd. Ewolucja to ewolucja, a angielski zmieniał się w różnych miejscach niezależnych od siebie. Richard Dawkins udziela się w prestiżowym gremium zajmującym się językiem. Widać, jak cieszy go przywoływanie różnicy między „to sucke” (karmić piersią) i „to suck” (ssać), albo wyjaśnianie, co znaczy „żółw” dla osób z różnych kontynentów. Richard Dawkins jest humanistą.

Chyba jestem przyrodniczką albo inżynierką, bo w książkach najbardziej lubię konstrukcję, plan, schemat. Ta książka została skomponowana w taki sposób, że laik się nie zgubi. Pojawiają się informacje, co będzie później wyjaśnione. Taki znaczek: stop, nie szukaj teraz wyjaśnienia, zapamiętaj, wrócimy do tego VI rozdziale. Nie jest to plan książki, raczej poznawanie po spirali. Te kwestie już były, ale patrzymy na nie coraz szerzej albo schodzimy coraz głębiej. Zasada od ogółu do szczegółu sprawdza się i tu. Dzięki stopniowaniu trudności próg dostępu do książki jest niski. Treść wciąga, czytelnik czeka na ten VI rozdział. Już nie ważne, co tam miało zostać wyjaśnione, dochodzą nowe interesujące kwestie. Anegdoty, przykłady, odwołanie się do wiedzy z codziennego życia, nawiązania do szeroko pojętej kultury to niezbędne przerywniki w tak długim tekście. Pojawiają się często, starannie wybrane i dopasowane. Zwroty do czytelnika są ujmujące, jak prośby „odłóż w tym miejscu, jeśli jesteś zmęczony, nadchodzi skomplikowany eksperyment”. Nie raziły mnie te dodatki. Nie wynikały one ze swady czy kumplowania się z czytelnikiem, były zabiegiem zbliżającym merytoryczny przekaz do odbiorcy.

Polski tłumacz chciał wejść w tę konwencję. Chwilami się wtrącał, i ingerował dość mocno. Opisy poglądów polskich polityków wyrzuciłabym bez żalu, zresztą, nie tylko z tej książki. Tłumacz znalazł dawny wiersz w książce Andrzeja Trepki, ciekawa jestem, jak to zrobił. Wiele jego dopowiedzeń i przypisów było celnych.

Największą przyjemność w tej lekturze sprawiło mi dowiadywanie się, zgłębianie, poznawanie. Zakres obejmuje wiedzę z różnych dziedzin, w tym historii (wiktoriańska Anglia), geologii i sama nie wiem, czego jeszcze – metody datowania to jaka dziedzina, chemia? Nowe fakty mogłam oprzeć na podstawach i pojęciach, które miałam. Po tej lekturze dobrze myślę o moim ogólnym wykształceniu. Od tak dawna wokół mnie ceni się wyłącznie wąskie specjalizacje i branżowe zainteresowania. Cieszę się, że fizyka jednak się przydaje.

Część tej wiedzy jest zdecydowanie poza podstawą programową. Richard Dawkins regułę lokalności w rozwoju zarodkowym wyjaśnił na przykładzie zachowań stada szpaków. Trudno to sobie wyobrazić. Słyszałam już o widoku, do którego nawiązał. Szukałam o tym informacji czytając „Rzecz o ptakach”. Spektakl zapiera dech:

Zainteresowania toczą się niezbadanych szlakach, zazębiają, kołują, ale prą naprzód. Po lekturze tej książki mam pytania o dobór naturalny. Najpierw jednak sięgnę po tekst o moralności wśród małp, o zachowaniach stadnych. Frans de Waal, Bonobo i ateista. W poszukiwaniu humanizmu wśród naczelnych, Wydawnictwo Copernicus Center Press – zapowiada się przygoda. Zazwyczaj apetyt rośnie, jedna dobra książka pociąga za sobą następne. Ciekawość jest jak ewolucja – nie da się jej powstrzymać.

Richard Dawkins, Najwspanialsze widowisko świata. Świadectwa ewolucji, tłumaczenie Piotr J. Szwajcer, Wydawnictwo CiS, 2010.

Fumiko Enchi, Onnazaka: wpływ kobiety na rolę kobiet – recenzja

Ojciec przyszłej pisarki Fumiko Enchi zapewnił córce prywatnych nauczycieli i edukację w zakresie literatury zachodniej. W przypadku kobiety urodzonej w roku 1905 w Japonii to ewenement. Nie wiem nic więcej o dyskusjach w tej rodzinie. Czy ojciec chciał, by córka była inna niż jej matka? Czy matka liczyła na to, że wykształcenie ułatwi córce życie? Widzę tu scenerię do dramatu, być może nawet ciekawszego niż powieść „Onnazaka”.

T220605

Podobno dobrą książkę da się zamknąć w jednym zdaniu. Fabuła „Onnazaka” opiera się na takim jednozdaniowym pomyśle: potomek samurajów wysyła żonę do Tokio, by przywiozła mu kochankę, która zamieszka u nich w domu jako służąca. Początek jest frapujący, nieoczekiwany, dziwny. Czytelnik (zachodni) myśli: jak to, jak można, zastanawia się nad dalszym ciągiem. W powieści nie ma wielkich punktów kulminacyjnych, dlatego to nie rozwój akcji jest tym, co przykuwa moją uwagę i co mnie (jako zachodnią czytelniczkę) interesuje. Dla mnie liczy się bardziej w jaki sposób ta sytuacja została opowiedziana, jak rozłożono akcenty, co zostało pominięte, czemu służą te przyjemne porównania. Na przykład rozbudowane, opisowe porównania, do kwiatów, do pór roku i dnia, były takim czynnikim wybijającym. Nie spotykam tego w pozajapońskich książkach. To działa na wyobraźnię i jest takie… historyczne, dziś nikt tak nie pisze. Dziś byłoby to pretensjonalne. Dlatego tłumaczenie książek dawnych, a już zwłaszcza powieści historycznych, to wyzwanie.

Tłumaczenie w tym przypadku odjęło mi nieco przyjemności z lektury. Wymowny jest sam fakt, że biogram tłumaczki zamieszczony w książce jest dłuższy niż autorki. Raziły mnie niekonsekwencje, te same słowa raz opatrzone przypisem, raz pisane kursywą i opatrzone zachodnim słowem wyjaśniającym, raz po prostu użyte. Pewnie to uwaga raczej do redakcji niż do tłumaczenia.

Gdy trafiłam na fragment o tym, że istniał zwyczaj spotykania się i wspólnego wypatrywania pierwszego jesiennego księżyca, zaczęłam zastanawiać się, dla kogo autorka pisała? Kto miał być „targetem”, potencjalnymi czytelnikami? Czy w roku 1957, gdy ukazała się powieść, Japończykom trzeba było wyjaśniać, że jest przysłowie o księżycu i że był zwyczaj wypatrywania go? Czy Fumiko Enchi myślała wtedy o czytelnikach zagranicznych? A może tylko chciała nadać sentymentalny, nostalgiczny wyraz tej scenie, przywołać wygasłą tradycję? W powieści „Dziwna myśl w mej głowie” Orhan Pamuk zaznaczył, że myśli o czytelniach z przyszłości, za 20, 30 lat, ale w latach 50. w Japonii pod piórem (pędzlem?) kobiety musiałoby to być buńczuczne. Pewnie to już moje nadużycie, gdy widzę w tekście nieistniejące przesłanie. Pozwalam na nie, bo czytam po to, żeby myśleć, w tym również by się mylić.

Bohaterki „Onnazaka” to głównie kobiety. Mężczyźni są jednowymiarowi: mąż Tomo jest zły, syn jest tępy, jedyny porządny współpracownik to tylko narzędzie. Tomo podejmuje życiowe decyzje nawet za swojego ulubionego, dorosłego wnuka. Uwaga czytelnika kieruje się ku kobietom, bo one są opisane ciekawiej. U nich coś się przynajmniej dzieje. To postaci, a nie statyści. Zapadł mi w pamięć moment, gdy jedna z kochanek opuszcza dom i dziewczyny rozmawiają z takim smutnym przekonaniem, że „możemy o tym pogadać, ale nic nie możemy zmienić”. Takie słowa oczywiście nie padają. Zostaje wydźwięk, echo, wrażenie – i przestrzeń dla czytelnika.

Opisane wydarzenia budzą opór i pytania: gdzie była matka dziewczyny sprzedanej na służbę, dlaczego na to pozwoliła? Pojawia się myśl, że zabrakło kobiecej solidarności, że to kobiety kobietom… Teraz hamuję takie podejście, bo zaraz pojawi się kolejne pytanie: a gdzie był ojciec? Jakie znowu „kobiety kobietom”, skoro Tomo była całkowicie zależna finansowo, społecznie i życiowo od męża, nie mogła odmówić wykonania jego woli (lub rozkazu). Odmowa oznaczałaby ostracyzm, albo wygnanie, albo śmierć. Odpowiedzialność rozmywa się między ludzi, płcie, społeczeństwo. Cierpi kobieta, i to niejedna, a mężczyźni chowają się w cień. Tak ma wyglądać społeczeństwo?

Czytanie literatury japońskiej burzy moją czytelniczą rutynę i właśnie dlatego sięgam po te książki, tego od nich oczekuję: czegoś innego, zmiany, różnicy, zaskoczenia. W literaturze japońskiej cenię sposób prowadzenia narracji, styl komunikowania się bohaterów (i ewentualnie narratora z czytelnikiem, jak w „Sedno rzeczy”), te wszystkie literackie zabiegi, których często nie umiem nawet nazwać. „Onnazaka” przyniosła mi właśnie to. Do tego egzemplarz, który kupiłam, jest już w Giżycku u kolejnej czytelniczki. Wciąż nie mogę uwierzyć, że nie czytam sama.

Fumiko Enchi, Onnazaka. Droga kobiety, przełożyła Iwona Kordzińska-Nawrocka, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego, Warszawa 2013.

Ryunosuke Akutagawa, Życie pewnego szaleńca i inne opowiadania – recenzja

Łatwiej trafić na szczegóły z biografii Ryūnosuke Akutagawy niż na jego opowiadania. Te szczątkowe informacje, przefiltrowane przez niemal stulecie, które upłynęło od jego samobójstwa, dziś mają posmak doszukiwania się sensacji. Nie interesuje mnie, kim była jego matka ani wuj, który go wychowywał. Czy przeczuwał klęskę II wojny światowej? – nie ma to dla mnie znaczenia, ta klęska już się wydarzyła. Akutagawa był pisarzem, twórcą, dlatego jego dzieło jest ciekawsze niż jego życie, a w jego biografii znajdziemy mniej poruszających elementów, niż w jego tekstach.

Napisał około 150 opowiadań. Przyniosły mu sławę i popularność. Większość z nich można znaleźć po angielsku. Po polsku ukazał się zbiór, który tylko zaostrza apetyt. W tych tekstach można znaleźć punkty wspólne, motywy przewodnie, powracające tematy. Każde z nich jest spójną, zamkniętą całością, to zaleta warta odnotowania.

Najbardziej lubię się dziwić. Gdy świat przedstawiony okazuje się inny, niż był zdanie wcześniej. Nic nie jest takie, jakim było, a może jakim się tylko wydawało. Kartkuję, przewijam, szukam w przeczytanych akapitach własnej pomyłki. Niczego nie ominęłam, to świat się zmienił, narrator, albo perspektywa. W opowiadaniu „Dług wdzięczności” rzezimieszek, któremu przypisuje się różne przestępstwa, przez każdego świadka opisywany jest inaczej. Żonglowanie tożsamością wzniesione na poziom sztuki, a to tylko jeden z motywów tego tekstu.

okladka54-600x600

Lubię też zdania, gdy autor ujmuje coś, co krąży też po mojej głowie, trafniej niż byłabym zdolna. „Świerszcze niezmiennie wyśpiewywały swą jedyną w życiu jesień”. Tu powinien być enter, pauza, miejsce do wybrzmienia. Pieśń tych świerszczy była taka sama w pokoju, gdzie się szyje, jak w gabinecie, gdzie się tworzy.

Gdy autor mnie wyręcza, gdy sprawia, że mam ochotę rozesłać jego dzieło jako argument w dyskusji, o której już nikt poza mną nie pamięta – to też lubię. Wtedy nie czuję się samotna, bo chociaż rozmówca mnie nie zrozumiał, dawny pisarz myślał podobnie, jak ja. W tym samym opowiadaniu bohater – pisarz „…przypomniał sobie scenę z książki, do napisania której właśnie się zabierał”. On jeszcze jej nie napisał, ale ta scena już istnieje. On umie się w niej znaleźć i coś w niej zmienić. Dokładnie tak jest, tak bywa. Akutagawa umiał wytłumaczyć czytelnikom, czym jest sztuka. Wytłumaczyć, a nie tylko pokazać.

Zawsze cieszy mnie synteza sztuk i przenikanie wątków między różnymi mediami czy dziedzinami. Czy ktoś jeszcze dzieli sztukę na dziedziny? Na podstawie opowiadania Akutagawy reżyser Akira Kurosawa nakręcił w 1950 roku film Rashōmon. Widzimy tę samą historię z perspektywy kilku osób. Wniosek w stylu doktora House’a, „wszyscy kłamią”, nie jest odkrywczy, ale jest piorunujący. Literatura, która inspiruje artystów pracujących obrazem, ma moc zmieniać świat.

Akutagawa, Kurosawa, Mishima i Kawabata żyli w tym samym mieście w tym samym czasie. Pożar Tokio w roku 1932 był dla nich doświadczeniem pokoleniowym. Ależ to miasto musiało być tyglem. Ależ tam się musiały odbywać dyskusje. W takim kontekście słowo „równoległość” w odniesieniu do karier nabiera innego sensu. Lubię szukać sensu i znaczeń słów.

Zdobywanie wiedzy zazwyczaj jest trudne i czasochłonne, a nowa prawda może okazać się bolesna. Zmiany spojrzenia również lubię. Akutagawa napisał opowiadanie o świecie demonów kappa. Kappa to taki japoński utopiec (czy może wodnik?), pojawia się nawet w Harrym Potterze (w III tomie; nie zauważyłam tego ani w książce, ani w filmie). Jak to demon: silny, bywa złośliwy, można go przechytrzyć. Kappa jest bardzo uprzejmy, a o jego mocy decyduje woda we wgłębieniu na głowie. Dlatego, by rozbroić kappę, wystarczy mu się ukłonić: kappa odpowie tym samym, woda się wyleje, stworek straci moc.

Kappa-shi1

Innym sposobem jest przekupienie go ogórkami, kappy uwielbiają ogórki! Czytałam tyle japońskich mitologii i bajek, a o tym dowiedziałam się dopiero z zupełnie innej lektury. Literatura japońska znów uczy by czyhać na zaskoczenia.

Ryūnosuke Akutagawa, Życie pewnego szaleńca i inne opowiadania, wybór Mikołaj Melanowicz, Wydawnictwo Dialog, Warszawa 1998.

Erotyczne rzeźby w Khajuraho i Kamasutra bez obrazków

Erotyczne reliefy na ścianach świątyń w Khajuraho w Indiach to główna atrakcja regionu. Bogata dekoracja rzeźbiarska uważana jest za najdoskonalszy przykład sztuki swojej epoki. Tylko około 10% wszystkich przedstawionych postaci bierze udział w scenach seksu, ale to właśnie one przykuwają uwagę i budzą sensację. Nie zawsze tak było. Patrzymy na reliefy oczami lokalnych, hinduskich przewodników, którzy chcą pokazać turystom to, czego turyści oczekują. Spirala oczekiwań wiruje coraz szybciej.

2016-10-19 07.16.02

Khajuraho: co to za miasto?

W czasach europejskiego średniowiecza w północnych i środkowych Indiach istniało imperium Gurjara – Pratihara, podzielone na mniejsze królestwa. Khajuraho było stolicą jednego z takich królestw. Między IX a XI wiekiem naszej ery wzniesiono tu 85 świątyń, z czego 20 przetrwało do dziś. W niektórych praktykowano hinduizm, obok dżinizm. Religie, obyczaje i tendencje stylowe przenikały się, świątynie różnych wyznań były do siebie podobne. Wyróżnienie jakością wykonania było ważniejsze od odróżnienia się stylem.

Królestwo Bundelkhand upadło w XVI wieku, podbite przez Akbara. Ten władca, cesarz, zjednoczył liczne państewka i stworzył podwaliny pod nowożytne Indie. Do historii przeszedł epizod z rozegranej gdzieś w tej okolicy bitwy, gdy królowa Durgawati została raniona strzałą w oko, ale nadal walczyła i zagrzewała do walki poddanych. Jest lokalną bohaterką.

Akbar pochodził z muzułmańskiej rodziny, ale budowanie imperium było ważniejsze niż nakazy wiary. Każda z jego czterech żon była innego wyznania. W co cesarz wierzył, poza polityką? Jakie obrzędy pozwalał żonom praktykować po ślubie? Pytania cisną się na marginesy. W Khajuraho kult zamierał stopniowo, takie rzeczy nie dzieją się nagle. W końcu świątynie zostały porzucone, częściowo zdesakralizowane, zapomniane, niepotrzebne, porosła je dżungla. Mieszkańcy czasem zapuszczali się do nich i w latach 30. XIX wieku zaprowadzili tam brytyjskiego oficera T.S. Burta. Podobno nie chciał słuchać o budowlach w lesie, nie dowierzał, ale miał wykreślić mapy imperium, to poszedł. Następnie ówczesny archeolog Alexander Cunningham dokonał podziału zachowanych świątyń na 3 grupy (zachodnią, wschodnią i południową). W czasach świetności gmachy tworzyły jeden zespół, zajmujący obszar 20 kilometrów kwadratowych, ale na tym etapie badań skala założenia przerastała wyobraźnię. Same liczby są imponujące, a liczby nie oddają artyzmu ani maestrii.

2016-10-19 06.49.38

Rzeźbione sceny erotyczne

Przedstawienia figuratywne pokrywają wszystkie zewnętrzne ściany świątyń. Sceny są dokładne, wyraziste. Nie ma wiele niedopowiedzeń, patrzymy i wiemy, co się dzieje, jakie czynności wykonują bohaterowie. Wychowani w innej kulturze nie znamy historii kryjącej się za tymi gestami. Sztuka europejska pewnie też jest hermetyczna dla kogoś, kto nie zna Biblii albo mitologii. Tak samo może oddziaływać pięknem, wartościami estetycznymi. Rzeźby w Khajuraho poruszają ukryte struny nie tylko akrobatycznym czy zbiorowym seksem.

Większość scen erotycznych nie jest ani widoczna, ani podkreślana kosztem reszty dekoracji. Najwięcej miejsca zajmują przedstawienia kultowe, następnie bóstwa opiekuńcze, później sapna sundaris, czyli apsary. Te boginki – piękne kobiety, ukazane w działaniach, służą jako przedstawienie ludzkich emocji. Część miejsca zajmują codzienne aktywności, a na ostatnim miejscu seks. Apsary tańczą, malują, trzymają papugę, pieszczą dziecko, drapią się po plecach, rozbierają. W Khajuraho wyróżniają się jakością wykonania. W scenach rodzajowych widzimy muzyków, garncarzy, rolników, a także kobiety grające na flecie, na instrumencie veena i piszącą list. Chcę wierzyć, że takie ujęcie świadczy o wykształceniu kobiet i ich roli w społeczeństwie królestwa. To po prostu ludzie, piękni, aktywni, zaangażowani. Ludzie tacy jak ci, którzy oglądali te dzieła.

(wszystkie zdjęcia są moje, nie Piotra – dlatego przepraszam za jakość)

2016-10-19 07.16.02

2016-10-19 07.19.46

2016-10-19 07.18.46

2016-10-19 08.10.27

Dlaczego przedstawiano seks na ścianach świątyni?

Nikt nie wie, dlaczego dekoracja erotyczna pojawia się właśnie w Khajuraho, ani w jakim dokładnie celu. Mówi się o kulcie płodności, co jest oczywiste w czasach i miejscach zależnych od urodzaju i plonów. Może chodziło o edukowanie? Odbiorcy, widzowie, wierni pragnęli naśladować to, co zobaczyli. Są głosy, że te przedstawienia miały oczyszczać i czynić ludzi wstrzemięźliwymi, bo aż tak daleko nie chcieliby się posunąć. Wiedząc, że w Khajuraho pracowali najlepsi, najzdolniejsi i najlepiej wykształceni rzeźbiarze i kamieniarze, wraz z filozofami i duchownymi, mam swoją teorię. Inne rzeźby, inne apsary mogliby wykonać w każdej innej stolicy. Tu był najlepszy, twórczy zespół. Byli ambitni, rywalizowali, mieli prawie nieograniczone środki i możliwości. Szukali w sztuce czegoś nowego, innego, sposobu wyrażenia siebie i zachwycenia wszystkich, całego znanego im świata. Szli dalej na drodze badań, przedstawień ludzi, trochę jak renesansowi Florentczycy. Powstało arcydzieło.

Dziś najczęściej przyjmuje się, że erotyczne rzeźby przedstawiają cel ludzkiego życia, rozumiany jako związek z uniwersalną istotą. Według jednej z hinduistycznych teorii świat powstał na skutek aktu seksualnego. W sztuce hinduskiej pojawiają się pary zwane mithuna, które obrazują połączenie duszy z bóstwem. Cały wszechświat zdaje się potwierdzać takie podejście, jest rozumiany jako układ męskich i żeńskich elementów, trwających w kosmicznej jedności. Z kolei dżinizm ceni powstrzymanie się od cudzołóstwa (rozumianego jako zdrada), dlatego dekoracja mogła służyć pozostawieniu pożądania za sobą przed wejściem do świątyni. Przenikanie się tych dwóch religii w jednym mieście zaowocowało unikatową dekoracją. Aż chce się dodać, że rzeźby postwały w wyniku połączenia elementów dwóch religii i to łączenie jest ukazane na dekoracji.

2016-10-19 07.50.31

Wszystkie zbrodnie kolonializmu

Dekoracja erotyczna, która dziś wzbudza zainteresowanie turystów, kiedyś gorszyła odkrywców. Zachodni badacze nie rozumieli znaczenia i sensu tych przedstawień. Po kartografach z maczetami i kompasami do dżungli przybyli archeolodzy i pionierzy antropologii kulturowej. Przybyli z wiktoriańskiej Anglii. Ich żony o fizjologii mogły rozmawiać co najwyżej z lekarzem ogólnym – mężczyzną, kolegą męża, a edukacja przed nocą poślubną sprowadzała się do „zamknij oczy i myśl o Anglii”. Małżeństwo w elitach służyło do utrzymania pozycji społecznej i prokreacji, od przyjemności były inne kobiety. Badacze byli zakuci w gorsety obyczajów równie mocno jak ich żony. Nawet przy założeniu, że spędzili całe życie w koloniach, w Indiach Brytyjskich i dogłębnie poznali tę kulturę (a raczej kultury tworzące ten zbiór), nie mogliby opublikować wyników swoich dociekań w stolicy imperium. Akademicy z Londynu nie przyjęliby takich sensacji. Obawa przed społeczeństwem, przed odbiorem, przed królową, kościołem, przed surową oceną obyczajów mogła okazać się silniejsza niż chęć ukazania prawdy i odkryć. Dlatego powstały interpretacje sztuki hinduistycznej tworzone na potrzeby purytańskiego zachodu.

W czasach kolonializmu zniszczono więcej, niż ktokolwiek byłby skłonny przyznać. Nie wiem, jaki stosunek do seksu panował w Indiach bezpośrednio przed brytyjskim podbojem. Filmy Bollywood, książki i rozmowy z Hindusami skłaniają mnie ku myślom, że przekonaliśmy Hindusów, że uważamy ich za rozwiązłych, otwartych. Dlatego oni sami przesuwają własne normy, żeby nam pokazać, że się nie mylimy. Brytyjczycy chcieli ich ujarzmić i nawrócić, wykarczowali kulturę, a potem zostawili samych sobie. Hindus myśli, że my chcemy zobaczyć barwne, kolorowe, wyuzdane sceny, to nam to pokazuje, sam patrząc przez purytańskie okulary, które zostały mu założone. Brzmi dziwnie, ale komentarze pod książkami, filmami, nawet postami na fb skłaniają mnie ku takiej tezie. Jak bardzo Brytyjczycy zniszczyli tę kulturę… Może to nie Brytyjczycy, może to my, Zachód, wszyscy?

To musi być naprawdę doskonała sztuka najwyższej próby, skoro skłania mnie do takich rozważań i budzi tak silne emocje, refleksje, pytania.

Khajuraho dziś: lotnisko, przewodnik, bieda

Dziś Khajuraho to malutkie miasto (typu zapadła dziura), szczycące się swoim unikatowym dziedzictwem. Region Madhya Pradesh rozwija się turystycznie. Do Khajuraho latają samoloty linii IndiGo z Delhi i kilku innych miast. Z uwagi na dystanse, pewnie taniej było postawić lotnisko niż budować kilometry autostrad. Do Khajuraho nie za bardzo da się dojechać czymkolwiek. Można kombinować z pociągiem z przesiadką w Bhopalu czy Jhansi, ale polecam samolot. My dojechaliśmy busem. Na trasie wylała rzeczka, kierowca rozpędził się i przejechał ją w poprzek, na pełnym gazie. Większość turystów szuka tu taniej sensacji, a nie wytłumaczenia czy wtajemniczenia. Zrozumienia nie ułatwia lokalny przewodnik. Powiedział nam na przykład, że na świecie są tylko dwie religie – monoteizm i politeizm. Być może coś w tym jest. Oczywiście, powinniśmy szukać punktów wspólnych np. z islamem, ale ja porozumienie widziałabym raczej w podejściu, w poszukiwaniu celu życia, a nie w obrzędach czy doktrynie. Uwaga, bluźnierstwo: co za różnica, ile jest bóstw, jeśli cel (lub sens) życia jest jeden, wspólny, tożsamy?

30859642_10156374652630979_447655319_n

(nasza grupa for. Alexander Hartman; zagadka: gdzie jest Zosia?)

Jak wygląda hinduska świątynia

Hinduskie świątynie różnią się od chrześcijańskich w wielu aspektach. W Europie niekiedy wystarczył jeden kościół na rynku, a w Indiach często wznoszono świątynie w systemie siatkowym, gdzie główne budynki są otoczone mniejszymi. Coś jak wieniec kaplic, tylko na dużo większą, nieporównywalną skalę. Takie hinduistyczne kompleksy znajdują się też np. w Angkor w Kambodży i w Parambaran w Indonezji. Spośród zachowanych w Khajuraho świątyń 6 jest poświęconych Śiwie i jego małżonkom, 8 Wisznu i jego wcieleniom, 1 bogu rzeki Ganges, 1 bogu słońca, 3 przynależą do dżinizmu, 1 ma nieustalone wezwanie.

Pod względem stylowym, świątynie w Khajuraho zaliczane są do stylu nagara. Nad sanktuarium (garbhagryha) wznosi się wieża. Wejście jest usytuowane od wschodniej strony, a w okolicy świątyni musi przepływać woda. Wzniesiono je z ciosów piaskowca łączonych precyzyjnie, bez zaprawy. Uzupełnienia dodane w XIX wieku zestarzały się szybciej, niż oryginalne elementy. Zatrudnionych rzemieślników liczono w setkach. Sąsiedztwo świątyń różnych religii przyczyniało się do współpracy i rywalizacji zarazem. Wymieniano się pomysłami na dekoracje i rozwiązania techniczne, jednocześnie próbując przekroczyć poprzednio wzniesiony gmach. Dlatego świątynie wyznawców dżinizmu i hinduizmu wyglądają podobnie.

2016-10-19 06.50.20

Religia dżinów

Dżinizm to system religijny, który powstał w reakcji na skostniałe rytuały braminizmu. Bramini zawłaszczyli kult, ludzie usiłowali się od tego odsunąć, czcić Wedy na własne sposoby, bardziej naturalnie, mniej obrzędowo. Cała kultura hinduska opiera się na Wedach, czyli świętych księgach, słowach i tradycji. Twórca doktryny dżinizmu, Parśwa (Parsvanath), po raz pierwszy zakwestionował autorytet Wed. Parśwa żył w VIII wieku p.n.e., ale rytuały religijne zostały rozwinięte i zreformowane dwa wieku później przez Wardhamanę. VI wiek p.n.e. w Indiach to czas zawirowań religijnych, równolegle powstawał buddyzm. Dżinizm nie zakłada istnienia ani nieistnienia bóstw. Celem życia jest wyzwolenie z kołowrotu wcieleń. Można go osiągnąć przez powstrzymywanie się o zadawania cierpienia, kłamstwa, kradzieży, cudzołóstwa i zbędnego posiadania. Czy wskazówka „powstrzymywanie się od zadawania cierpienia” oznacza, że ludzie chcą zadawać innym cierpienie? Wzdrygam się na samą myśl. Co tam się działo, tam i wtedy, że sformułowano takie zalecenie?

Tantra a cosmopolitan

Obok świątyń hinduskich i wyznawców dżinizmu w Khajuraho stoi Chaunsat Yogini, służąca tantrystom. Ciężko powiedzieć, czy została wzniesiona dla wyznawców tantryzmu czy raczej przez nich ufundowana. To najstarsza świątynia w mieście i jedyna wybudowana z granitu. Zadedykowano ją 64 boginiom. Prostokątny plan odróżnia ją od innych budynków tego nurtu. Krążą legendy o organizowanych tu orgiastycznych praktykach wtajemniczonych tantrystów. Tantra to sztuka wielopoziomowych wtajemniczeń. Do popkultury czasami przenikają inspirowane tantrą wskazówki typu: „w czasie seksu patrzcie sobie w oczy; niech igraszki trwają godzinami; wycofajcie się tuż przed spełnieniem; warto spróbować pozycji lotosu”. Inspiracja tantrą jest tutaj bardzo powierzchowna, bo celem tantry jest bliskość, a nie zintensyfikowanie przeżyć. Można to ująć inaczej: celem tantry jest zintensyfikowanie przeżyć dzięki zbudowaniu wyjątkowej bliskości, co ułatwiają różne praktyki. My chyba tego nie zrozumiemy. Brakuje nam nawet słów zdolnych oddać ten sens.

Cel życia: zacność czy cnota?

Podstawową kategorią moralną w Indiach jest dharma. Dziś to słowo można spotkać w różnych tekstach, także polskich. Pojawia się, ponieważ nie da się go przetłumaczyć. Kiedyś pisano zacność, co dziś trąci myszką i wzbudza uśmiech. Nie ma takiego słowa, nikt nie mówi „zacność” na co dzień. W zachodnich językach musi istnieć jakiś odpowiednik, szukam go. Może cnota, może łacińskie virtus… Wiem, że nie, szukam dalej. Dharma to „postępowanie w zgodzie z tym, co wiemy o rzeczywistości”, ale także tę wiedzę, te normy. Dharma to taki ideowy savoir virve, ale protokół dyplomatyczny nie kojarzy się z cnotą… Dharma to busola moralna, poznawanie zasad po to, by w sytuacji, gdy trudno się do zasad odnieść wiedzieć i czuć, co robić, jakie postępowanie jest… zacne.

Skoro nie umiem opisać nawet hinduskiego dobra, zbawienia i sumienia bez określeń przeżartych religią, jak mogę usiłować opisać pojęcia mniej podstawowe, takie jak bliskość, związek i przyjemność?

Język jest tu problemem. Rozwiązłość albo grzech to nasze kategorie, przywiezione, przywleczone do Indii. Hindusi mają, a raczej mieli, swoje kategorie, inne. Tam też obowiązywały zasady. Seks był sposobem doświadczania jedności z wszechświatem, dlatego z czasem uległ pewnej sakralizacji. W Indiach nie panowała anarchia, ani rozwiązłość, ani grzech. Najlepiej o tym świadczy Kamasutra, obecna w każdej księgarni, bogato ilustrowana i zazwyczaj obrzydliwa. Kamasutra to tekst, słowo bez obrazków. Nie wiedziałam o tym.

Kamasutra bez obrazków

Kamasutra, napisana przez Watsjajanę, jest datowana szeroko. Najczęściej przyjmuje się, że powstała między I a VI wiekiem naszej ery, ale niektórzy przesuwają datowanie do VI wieku przed naszą erą. Jakże uniwersalny jest ten tekst, skoro datowanie 1200 lat w tę czy w tamtą stronę niewiele zmienia! Daty wymyśla się na podstawie wzmianek o postaciach historycznych, ale niektóre z tych osób są częściowo legendarne: kiedyś żyły, a później obrosły legendami i wprowadzono je w panteon bóstw.

Traktat Watsjajany nie był ani pierwszym, ani jedynym opracowaniem o miłości. Autor podaje stan badań, odnosi się do innych dzieł i innych autorów. Opisuje różnice regionalne, zawsze dodaje, że co kraj to obyczaj i że trzeba szanować lokalną kulturę. Kiedy traktat i miejscowe zwyczaje stoją w sprzeczności, stawiamy na miejscowe zwyczaje, bo mieszkańcy nie zaakceptują zmian. Czyżby brytyjscy badacze w XIX wieku przeczytali „Kamasutrę” aż tak wnikliwie, by świadomie zastosować się do tego postulatu?

Traktat składa się z 64 lekcji, z czego tylko 2 traktują o pozycjach. Każda lekcja kończy się zawołaniem „oto lekcja (…) w traktacie o miłowaniu chwalebnego Watsjajany”. Zgrabna autopromocja jak na VI wieku p.n.e.! Watsjajana wiele rzeczy systematyzuje, nazywa, opisuje. Niekiedy do absurdu. Na końcu jest passus o podejmowaniu decyzji i obliczaniu, czy dane działanie przyczyni się do biedy teraz czy kiedyś, jak to zliczać. Jest to dosyć dziwne, ale lepsze niż rady z internetu, bo uniwersalne. Czasem autor jest bardzo praktyczny, podaje na przykład stopniowanie wartości różnych przedmiotów. Nie podaje cen, bo te się zmieniają: wiadomo, inflacja.

Kamasutra jest krótka i treściwa. W jedynym miejscu jest opisane, dlaczego ona odmawia związku, randki. Autor wymienia różne zachowania, opisuje 25 powodów typu „podejrzenie, że to pozorne zaloty” albo „lekceważenie nie rozumiejącego dawanych mu znaków”. Po wymienieniu wszyskich mówi, jak je zlikwidować, ale wymienia już tylko 7 przyczyn, takich jak jego osoba, szlachetność, bezsilność itd. I dodaje, co konkretnie robić. Jeśli jej zachowanie wynika z obawy zasłużenia na wzgardę, on niechaj uniżonym uwielbieniem przeciwdziała. Albo strach niech jej ducha dodając zniweczy. 25 zachowań dopasował do 7 zaledwie przyczyn. Jest to konkretne, przemyślane i krótkie, daje pole do rozmów i działań.

Traktat powstał raczej dla mężczyzn niż dla kobiet. Kobiety miały go czytać po to, żeby wiedzieć, co mężczyzna czytał, żeby mieć wspólny punkt odniesienia. Treść to przede wszystkim kryteria wyboru partnerów do małżeństwa oraz sposoby zdobywania ich względów. Głównie polityka, obyczaje, społeczeństwo, a na końcu, z przymrużeniem oka, środki tajemne jak zachować jurność buhaja. Bardzo ciekawy tekst, tylko ten język mierzi. Czytając mam wrażenie, że zupełnie nie o to chodziło. Ten język, sztucznie archaizowany, nie przybliża mnie do zrozumienia przekazu Watsjajany.

W tłumaczeniu „powolność” oznacza uległość, poddanie się woli partnera. Bohater to partner seksualny, ale też obiekt westchnień. Seks to zespolenie, a miłośnica to prostytutka. Żaden z użytych przeze mnie wyrazów nie oddaje znaczenia, które chciałam wyrazić. Trudno się dziwić, gdyż takich słów nie ma. Wyraz „seks” w języku polskim pojawił się dopiero po II wojnie światowej. Co robili moi pradziadkowie? Jak o tym rozmawiali? Mówili: „to”? Czyż „to” nie straszne? Nasz język nadal powstaje, tak samo, jak w czasach Słowian. Tworzymy go i mamy na niego wpływ.

Różaniec

Jesteśmy bardziej podobni, niż bylibyśmy skłonni przyznać. Jadę autobusem, czytam na fb i youtube komentarze Hindusów, obok staruszka odmawia różaniec. Dawniej nasze babcie obracały w palcach paciorki różańca, a my scrollujemy fb. Ten sam gest, być może podobna potrzeba. Używane w języku polskim słowo różaniec pochodzi z łaciny. Łaciński hortulus animae, czyli dosłownie mały ogród duszy, oznaczał modlitewnik. Ogród różany – rosarium – to ogród modlitw, zbieranych w bukiety niczym kwiaty. Używany w Indiach sznur modlitewny nazywany jest mala, czyli girlanda, a powtarzanie formuły modlitewnej to dźapa. By nie stracić rachuby, powtarzając trzyma się paciorki nanizane na sznurek. Zazwyczaj mala to 108 paciorków. Tłumacze pomylili dźapa z dźapaa, słowem oznaczającym różę. Dwie kultury, dwa światy, różni bogowie i różne modlitwy, ten sam sznurek, tacy sami ludzie.

Watsjajana Mallanaga, Kamasutra czyli traktat o miłowaniu, przekład Maria Krzysztof Byrski, PIW Warszawa, 1985.

2016-10-19 08.10.53